BRUTAL ASSAULT vol. 13
14-16.08.2008, Jaroměř, Czechy.
Brutal Assault na stałe wpisał się do mojego kalendarza koncertowego, tam po prostu trzeba być rok w rok! A jakże miałoby być inaczej, skoro Martin zaprasza kapele z coraz wyższej półki, a festiwal rośnie w siłę. Edycja AB 2008 tylko potwierdziła moje słowa. Czując pewne oznaki starzenia się i potrzebę niejakiej wygody w tym roku wyruszyliśmy (część załogi dotarła za pomocą ulubionego środka lokomocji - pociągów) autkiem. Przynajmniej można było się rozłożyć na fotelu, sączyć browar i nie martwić się o jakieś przesiadki i tym podobne atrakcje. Również sama droga leci jak z płatka, szybciej się jest na miejscu i można zainaugurować zabawy festiwalowe hehe. Po przybyciu odnaleźliśmy część zaprawionej już nieźle załogi i od razu zaczęliśmy ich "doganiać" w tym względzie. Ciężka noc to była hehe. Kto był w zeszłym roku, wie, że fest odbywa się na terenie dawnej twierdzy Josefov, są dwie duże sceny z telebimami - odpowiednio Obscure Stage i Nosferatu Stage - na których koncerty odbywają się naprzemiennie (doskonały pomysł, zaoszczędzający wiele czasu na przygotowania). Pierwszy dzień Brutala zacząłem od INVERACITY. Greckie commando jebnęło "ładnym" brutalnym death metalem wyraźnie zakorzenionym w szkole amerykańskiej, tej nowszej. Dobry gig, wałki z "Circle Of Perversion" oraz ostatniej jak dotąd "Extermination Of Millions", sporo ruchu, mogło się podobać (i podobało się hehe). GLOOMY GRIM I RASTA to zdecydowanie nie na moje słabe nerwy, dlatego też powróciłem na starych znajomych z BEHEADED. Obywatele Malty, których miałem przyjemność obejrzeć po raz wtóry, pomimo kolejnych zmian składu, zaprezentowali się z dobrej strony i dali radę, pomimo, że akustyk nie był w najwyższej formie na ich występie i brzmienie kulało. Brakowało mocy, pierdolnięcia, którego nigdy nie brakowało w przypadku BEHEADED. Tuż po nich weterani z Italii - SADIST. Grupa, świetnie łącząca brutalność z dużą dozą techniki, chociaż i im przydarzyły się artystyczne wpadki (vide "Lego" - przerost formy nad treścią). Powrócili w dobrym stylu, ale bałem się, że na żywca będzie to nudnawe, jak chociażby CYNIC w roku ubiegłym - harce na gitarce, koncentracja nad gryfami kosztem ekspresji scenicznej. Ale tu miłe zaskoczenie, bo Włosi odegrali swój set bardziej energicznie, nie brakowało żywiołu, który szedł w parze z wyśmienitym opanowaniem warsztatu. Na Nosferatu Stage już montują się "doktorkowie" z GENERAL SURGERY, na których zawsze można liczyć pod względem "rozpierdolu koncertowego". Kitle, krew, pathological gore grind pełną gębę, "nowi" (mówię o wokalu Eriku Sahlströmie, który zastąpił Granta oraz Johanie ze SCURVY, który już od pewnego czasu walczy w GENERALACH) ludzie bardzo dobrze wpasowali się w resztę starej załogi. Szwajcarski SAMAEL zahaczyłem kątem oka, kilka fotek, trzy kawałki i odpuściłem. Mam duży sentyment do ich starych płyt, ale to czym są obecnie nie wchodzi mi zupełnie, klasyczne numery w nowych aranżacjach to bida z nędzą. Stary kult padł w oparach chamskiego techno-disco. Z przyjemnością za to wróciłem na EXODUS, który już kiedyś tam widziałem, jeszcze ze Steve'm Sousą za mikrofonem. Nowe gardło w postaci mocno wytatuowanego Roba Dukes'a naprawdę daję radę i potwierdziło to w wydaniu "na żywca". Szybko zaskarbił sobie przychylność publiki nawiązując z nią rewelacyjny kontakt. Zresztą pozostała część kapeli również emanowała niemal młodzieńczą energią, nic nie robiąc sobie z upływu lat. Maniacy z estymą przyjmowali zarówno starocie, jak i najnowsze utwory z "The Atrocity Exhibition... Exhibit A". EXODUS stanowił jeden z najmocniejszych punktów pierwszego dnia festiwalu! Stan upojenia i zmęczenie ogólne nie pozwoliły mi w pełni cieszyć się sztuką, jaką uskutecznił norweski MAYHEM. Podobnie jak przed dwoma laty Atilla prezentował ciekawy image (był np. sznur z pętlą wisielczą), chociaż tym razem nie był trędowatym mnichem. Nawiasem mówiąc to Węgier ma pięknie nasrane w głowie pod tym względem, widziałem zdjęcia na których był przebrany za Stalina a nawet za... wielkanocnego zająca!? Co dokładnie zagrali z przyczyn podanych powyżej nie pamiętam, ale wiem, że jednym się to bardzo podobało, a inni kręcili nosami. Niestety poziom mocy w moich bateriach drastycznie spadł i nie w pełni ogarniałem to co wyrabiał ten kultowy i uważany za kontrowersyjny band. Tak czy owak udało się później doturlać na miejsce odpoczynku. Piątkowy ranek zaczęliśmy od wizyty w pobliskiej knajpce - jedzonko i piwko pobudziły nas do życia. Pierwsze tego dnia kapele nie były szczytem moich marzeń, więc raczej skoncentrowałem się na działalności towarzysko-alkoholowo-zakupowej m.in. zwiedzając stoiska z merchem. Przed 15 zainstalowałem się pod Nosferatu Stage na popisy CEPHALIC CARNAGE. Tych pojechanych Jankesów, miłośników ziółek, widziałem parokrotnie i nie zawiedli po raz kolejny. Brutalny ale i popieprzony jak polityka prorodzinna naszego kraju grind wymieszany z innym składnikami, do tego nieokiełznana zabawowość Lenziga i spółki (ciągły ruch, rzucanie się po scenie i kładzenie się na nią) wprawiły mnie w dobry humor. Cały efekt psuł tylko nieustannie napierdalający deszcz, co już jest tradycją Brutal Assault (zresztą OEF poniekąd też). Był to pierwszy, ale nie ostatni występ mieszkańców stanu Coloradu na BA 2008, ale o tym później. SWORN ENEMY to nie mój target, ale ludziom się podobno podobało. Za to kolejnym jasnym punktem na mapie festiwalu był THE BERZERKER. Australijska machina zaatakowała znienacka swym morderczym grindem z olbrzymim ładunkiem industrialu. Ładowali raz za razem niszczycielskimi pociskami, Luke nie żałował gardła i nóg, mechaniczne brzmienie ostro wkręcało się w przepite mózgi - bardzo dobry gig! Naładowany świeżą energią świadomie opuściłem melomasturbantów z SOILWORK i przegapiłem niestety DESPISED ICON (nie sposób zobaczyć wszystkiego - takie są brutalne prawa festiwalu hehe). Ale kultowego ENTOMBED już nie mogłem w żadnej mierze odpuścić. LG Petrov nawalony jak stodoła (w pewnym momencie nawet za bardzo się "uzewnętrznił", że tak powiem hehe) z nieodłącznym bananem na ryjcu i reszta wesołych Szwedów dali rewelacyjny oldschoolowy pokaz z takimi hitami jak "Left Hand Path", "Revel in Flesh" czy "When In Sodom". Publika bawiła się znakomicie, a wraz z nią band udawadniający, że nie ma jak stary dobry death metal. Z ciekawości zerknąłem na fragment BEHEMOTHA, ale że nie przepadam za trzódką Nergala i ich modnymi fatałaszkami to spasowałem dość szybko. ANATHEMĘ kiedyś bardzo lubiłem, ale to było na etapie Ep "Crestfallen" i cd "Serenades", więc dawien dawno, a obecnie Angole to zupełnie inna para kaloszy - unikając zamulenia się na maksa zarządziłem sam sobie odwrót. Z czystej ciekawości wróciłem na CRADLE OF FILTH. Bez bicia się przyznaję, że ostatni ich materiał, jak słyszałem to było "Dusk And Her Embrace", a od tego czasu Kredki stały się megagwiazdą. Długo nie wytrzymałem - kwilący pokurcz Dani, piszczące pod barierkami nastolatki i wysoki poziom słodyczy płynący z głośników starczył mi jedynie na trzy kawałki i w sam raz na parę fotek (jednak to ciekawe zjawisko socjologiczne - jebani z jednej i uwielbiani z drugiej strony). Interesujące show dało NEUROSIS - zespół, który nie sposób zaszufladkować, łączący w swej twórczości mnóstwo rożnych elementów: doom, sludge, h/c, industrial, ambient, eksperymenty muzyczne, a to chyba nie wszystko. Hipnotyczne, wręcz narkotyczne dźwięki, mrok, ciężar, zaangażowane wokale Scotta Kelly'ego i Steve'a Von Tilla, a do tego projekcje wspomagające i tak już niemal mistyczną atomferę dawały poczucie uczestniczenia w czymś niezwykłym i niecodziennym. I tak też niewątpliwe było, a Amerykanie potwierdzili swój już legendarny status. Norweskie 1349 zaczęło od mrocznego intro (zakaz robienia zdjęć pod groźbą usunięcia z fosy (sic!)), a potem już ruszyło z kopyta z diabelskim black metalem. Podobnie jak kiedyś na Metalmanii Ravn skrzeczał swe szatańskie wersety, ograniczając kontakt z fanami do absolutnego minimum, gitarzyści cięli swe ostre jak brzytwa riffy, a Frost jak zwykle dewastował swój zestaw perkusyjny. Każdy maniak czarnej polewki dostał to czego oczekiwał i nic ponadto. Wspominałem wcześniej o dwukrotnym pobycie CEPHALICÓW na dechach Brutala - dobrze po północy zamontowali się dla odmiany na Obscure Stage racząc wymordowaną publiczność drugim setem, na który głównie składała się doomowa Epka "Halls Of Amenti" - trzeba przyznać, że ciekawy pomysł, ale późna pora i "trudy" całego dnia dawały coraz mocniej o sobie znać. MALIGNANT TUMOUR już nie widziałem, ale raz, że ekipkę Bilosa znam nie od dziś, a dwa, że nadrobiłem to potem na SLAYERZE w Pradze. Ostatni dzionek czyli sobota. W sam raz, żeby się dobudzić przywaliło w krocze czeskie tornado JIG-AI. Mirek, Burak i Stefy wraz z wiązanką przebojów z debiutu i najnowszej "Katana Orgy" idealnie nadawali się do roli rozgrzewaczy-dobudzaczy. Skoczny gore grindzior odegrany z werwą i impetem przez praskie trio wszedł mi któryś już tam raz bez popitki i zakąski. Parę następnych aktów scenicznych pominąłem bez żalu, w tym rosyjską ARKONĘ ze wzbudzającą tu i ówdzie podnietę wokalistką Mashą. Chyba jednak za rzadko chodzę po do lasu hehe. Włoski HOUR OF PENANCE to solidny, a właściwie rzec by należy bardzo dobry death metalowy twór. Takiż sam był ich koncert, brutalny, ciężki, na wysokim poziomie technicznym. Zwłaszcza silnie reprezentowana była ostatnia płyta kwartetu - "The Vile Conception", ale i o wcześniejszych dokonaniach nie zapominano. Papież byłby z nich dumny! Nasz rodzimy HATE potraktowałem z równą "estymą" co BEHEMOTH - może to i zawodowstwo, ale jakoś mi te ich nowsze (tak licząc po "Lord Is Avenger" hehe) dokonania - nie mówiąc o gustownych kieckach (BEHEHE się znowu kłania) - nie pasi. Chwilkę popatrzyłem, racząc się płynami zapomniałem o ZUBROWSKIEJ (jakoś nie mam szczęścia ich zobaczyć, ale za to na opisywanej na początku imprezie waliliśmy m.in. Żubrowkę, więc chociaż tyle hehe) i pojawiłem się akurat by ujrzeć znajomą sylwetkę Maurizio Iacono, czyli przed państwem - KATAKLYSM. Jak dla mnie to już nie ta sama formacja, co na świetnych "Sorcery" czy "Temple Of Knowledge", ale miło było usłyszeć takie "In Shadows And Dust" i inne wałki z ich bogatego repertuaru. Maurizio to dobry frontman, reszta to dobrzy muzycy, ale szału jakiegoś nie było. Tylko czemu Kanadyjczycy nie zagrali flagowego "The Awakener'a"? Zeszli, jakieś dziwne zjawisko zwane SEBKHA CHOTT zaraz po nich i zostaliśmy rzuceni do Sodomy i Gomory. Niemiecka legenda odpaliła z dużą mocą, może nie równą EXODUS z dnia pierwszego, ale dobrze było! Tom Angelripper niczym za najlepszych lat wyszczekiwał wersy znanych wszystkim doskonale numerów "Outbreak Of Evil", "The Saw Is The Law", "Ausgebombt" i wielu innych. Widać było radość z grania płynącą od tych nie najmłodszych już facetów, thrash metal is still alive!!! Na ARCH ENEMY zerknąłem z boku, głównie ze względu na urodę Angelii Gossow, bowiem Gotheburg to zdecydowanie nie moja ulubiona (muzycznie) część Szwecji. Nie miałem już natomiast pytań w przypadku AGNOSTIC FRONT, które jak w zeszłym roku MADBALL i dwa lata temu SICK OF IT ALL (stare nowojorskie h/c rządzi bez dwóch zdań) rozjebało! Roger Miret, Vinnie Stigma and company rozniosło w pył Josefov i okolice. Stara szkoła hardcore'a wprost z jego trzewi pokazała wielu brutalistom i prawdziwkom co to znaczy koncert, a nie pobyt na scenie. Tak jak wcześniej w W-wie autentycznie emanowała z nich siła i moc, zarażająca tłum, prawdziwi sceniczni wojownicy - w końcu promowali najnowszy album zatytułowany nie bez kozery "Warriors"! Na scenie szaleństwo, pod nią jeszcze większe, old school hardcore czynił prawdziwe spustoszenie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Oby jak najwięcej takich wydarzeń. Nie dałem rady zdzierżyć PARADISE LOST, pomimo, że bardzo lubie ich pierwsze płyty - analogia do ANATHEMY jak najbardziej wskazana. Za to po smutnym Nicku miała wystąpić największa gwiazda festiwalu, reaktywowany niedawno brytyjski praojciec grindcore'a - CARCASS! I wystąpił, ale mam trochę mieszane uczucia. Z jednej strony super było zobaczyć po raz pierwszy na żywo bogów "medycznego" grania, a z drugiej mam spory niedosyt. Niedosyt spowodowany doborem repertuaru. Na palcach można policzyć kawałki z pierwszych dwóch, stanowiących podwaliny gatunku, albumów, które zagrali, ale to było raczej do przewidzenia. Za dużo moim zdaniem było numerów z za melodyjnej "Heartwork" (w rym tytułowy, "Buried Dreams" i "No Love Lost"). Na szczęście sporo zapodali z totalnie porażającej "Necroticism" (usłyszeć i zobaczyć "Corporal Jigsore Quandary" czy "Incarnated Solvent Abuse" i można umierać). Jeff Walker w znakomitej formie wokalnej, od początku nawiązał świetny kontakt z publiką, brzmienie nie pozostawiało wiele do życzenia, miłym akcentem była też wizyta na scenie schorowanego Kena Walkera, zastępowanego za garami przez Daniela Erlandssona z ARCH ENEMY. Podsumowując, jednak muszę zaliczyć ten gig na plus. SIX FEET UNDER... Ostatnio widziałem ich dobre kilkanaście lat temu po wydaniu "Haunted" w katowickim Mega Clubie. Nie przez przypadek przywołuję tą bardzo dobrą skądinąd płytę, gdyż lwia część debiutu stanowiła clou ich repertuaru tego wieczoru, bezsprzecznie wpasowując się w mój gust! "Human Target", "The Enemy Inside" czy taki "Victim Of The Paranoid" (z "Maximum Violence") po dziś dzień wprawiają mój łeb w rytmiczny ruch, dosłownie nóżka sama przy nich chodzi. Krzysiek Barnes w swych imponujących dreadach dosłownie zawładnął scenę Nosferatu, a jego jakże charakterystyczny wokal wraz z genialnymi w swej prostocie riffami roznosiły się donośnie w głośnikach. Naprawdę nie spodziewałem się aż tak dobrego koncerciku! Zaszczytu zamykania Brutal Assault 2008 dostąpił ESOTERIC. Funeral doom to dźwięki, które fantastycznie sprawdzają się w nocy, ale jak dla mnie trochę tym razem przesadzono z porą (pierwsza w nocy). Mroczne brzmienie, do bólu wolne i zdołowane gitary, z grobowymi wokalizami Grega Chandlera to istny raj dla uszu każdego samobójcy. Anglicy z ESOTERIC to ekstraklasa światowa takiego grania, ale zważywszy na wielogodzinny maraton i wypompowanie nie byłem w stanie obejrzeć ich całego koncertu i nie byłem w tym odosobniony. Powrót za sprawą samochodu był wyjątkowo kulturalny i sprawny. Wielkie brawa należą się Martinowi za zgromadzenie w jednym miejscu tylu świetnych zespołów i ściągnięcie mnóstwa ludzi (na oko 10000!). Minusy to (podobnie jak roku ubiegłym): lejący bez dłuższych przerw deszcz (na to niestety nie ma nikt wpływu), plaga kradzieży (wynosili skurwysyny z namiotów co się dało!!!) oraz spora odległość od scen do stanowisk ze stuffem. Grunt, że za kilka miesięcy kolejna edycja BA i na "stówę" tam będę! Marcin



OBSCENE EXTREME FESTIVAL
10 - 12. 07.2008, Trutnov, Czechy
Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam!!! A kto? Oczywiście Obscene Extreme Festival! 10-ta jubileuszowa edycja już za nami i naturalnym jest, że nie mogło mnie tam jak zwykle zabraknąć. Zwarliśmy szeregi, zaopatrzyliśmy się w niezbędne atrybutu każdego podróżnego czyli zestaw: wódka-przepitka-kieliszek i nocą 9-tego lipca ruszyliśmy pociągiem (a raczej pociągami) w znamy kierunku Trutnov. "Wyczerpująca" podróż rankiem/południem dnia następnego ukazała nam w końcu naszym zamglonym oczom wrota "Na Bojisti". Szybkie uzupełnienie płynów, przywitanie z Curbym (guru OEF-u), kogoś tam lekko potrąca samochód i wchodzimy. Czwartek to jedynie przedbiegi przed właściwą, weekendową częścią festiwalu. Impreza rozkręca się z godziny na godzinę, co w parze idzie z pogarszającą się pogodą, co jest już chyba fatum OEF, ale nam zaprawionym w bojach to nie przeszkadza i rzucamy się w wir zabawy (co poniektórzy mają nawet problemy z rozłożeniem stoiska hehe). Tego wieczoru obok występu freaków z grupy Hell ze swym sadomasochistycznym kabaretem, co stało się już tradycją festiwalu, daniem głównym byli ludkowie z MACABRE, ale tym razem w swym "lirycznym" wydaniu hehe. Klimat niczym z "Wieczorka przy mikrofonie" czy innego "MTV Unplugged" - Nefarious i Corporate Death zaopatrzeni w gitary akustyczne siedzą przy stoliku, na którym nie brakuje piwa i raczą nas "balladami" znanymi nam z "Morbid Campfire Songs" - czyli "Płonie ognisko w lesie, a seryjny morderca siekierę niesie...". Przyznam, że było to dość osobliwe zjawsko i niecodzienne wydarzenie, zobaczyć, jakby nie było metalowy band w takim entourage'u. Ludzie stali zasłuchani, klaskali po każdym numerze, a Amerykanie dobrze się przy tym bawili. Czas miło płynął, procenty rosły, sił ubywało, percepcja się zatracała, co zaowocowało tym, że nie udało mi się odnaleźć namiotu hehe (dzięki Zibi za użyczenie siedzenia w pojeździe!). "Pijątek" czas zacząć. Po małej regeneracji winami z kartonu na stacji obowiązek nakazywał się ruszyć pod scenę na występ naszych chłopaków z ASS TO MOUTH. Jarek & spółka zagrali fajny, energetyczny set, zapodając soczystego grindziora, promując świeżo wydaną "Kick Ass" i nie szczędząc nam przebojów z niej, takich jak "All my friends are emo" czy "Drunk, dead & drunk again" (jakże bliski nam tytuł hehe), nie zabrakło również "We Will/Grind You z repertuaru morderczej trupy QUEEN. Luz, spontan, party! Po tak dobrze rozpoczętym dniu uznaliśmy, że warto przyjąć jakiś obiad i to był mój gwóźdź do trumny. Znaleźliśmy sobie fajną knajpkę na rynku Trutnov, a że było mnóstwo ludzi oczekujących na żarełko, to co by umilić ten czas zamawiałem kolejne szklanki Absyntu. Taaa, jedzenia już raczej nie zarejestrowałem, pojawiły się spore problemy techniczne, ale koniec końców przy wydatnej pomocy znajomych dokulałem się z powrotem. W okolicy stoiska Mad Lion/7Gates padłem jak stówa po wypłacie przegapiając niestety gig sympatycznych Japoneczek (wokalistka była nawet bardziej niż sympatyczna) z Flagitious Idiosyncrasy in the Dilapidation (chwytliwa nazwa nie ma co hehe), ale ci co widzieli mówili, że było dobrze, ale bez rewelacji jakiejś. Większość się podniecało po prostu tym, że hałas generują cztery kobiałki. Podczas krótkiego snu pojawiły się na moim ciele "tatuaże" (wy ciule hehe), ale postawmy może na tym zasłonę milczenia. Otrząsnąłem się w dobrym momencie w sam raz na "recital" Shaun'a LaCanne czyli rezydującego w stanie Wisconsin PUTRID PILE. A jak Stany to wiadomo death metal, i to jaki! Brutalny death w wykonaniu tego jegomościa przy wydatnej pomocy automatu był niczym uderzenie obuchem w mój obolały łeb. Pod scenę rozpętał się niezły młyn, a uszy katowały kawałki z "Collection of Butchery" oraz "The Pleasure in Suffering". Ciężar, moc, brutalność, guttural vocals - no panie, sam miód! Shaun skończył i już montowali się dawno na Obscene niewidziani COCK AND BALL TORTURE. Zespół darzony tutaj jest sporą estymą, czego dowodem było jego przyjęcie przez publikę. Niemieckie trio mordowało tłum swym porno/gore grindowym wymiotem z dużą dozą walcowatego death metalu, znanego chociażby z płyty "Sadochismo", nie wyczyniając jednocześnie jakichś dzikich harców na dechach, ale już zdążyli nas przyzwyczaić, że do tytanów energii scenicznej to nie należą. A propos panowie, a kiedy dostaniemy jakiś nowy stuff, co? Nie ma czasu na chillout, bo już za chwilę REGURGITATE. Mając w pamięci ich słaby występ sprzed kliku ładnych lat i dobry na Napalm Over Warsaw nie wiedziałem, czego mogę się spodziewać. Na szczęście byli w dobrej formie, Rikard nie odpierdalał wokalnej pańszczyzny jak mu się zdarzało i dostaliśmy solidną dawę grindcore'a z ich przepastnego archiwum z naciskiem na ostatnie "Sickening Bliss" i wcześniejsze "Deviant". Szwedzi to zdecydowanie uznana marka i nie zawiedli. Późny wieczór w pełni, zmęczenie trudami dnia, dawało o sobie coraz mocniej znać, więc odpuściłem kultowy AGATHOCLES, który widziałem już wielokrotnie (a w perspektywie był ich koncercik na Mosh Festivalu w Krakowie) i tutaj kolejny sukces: trafiłem do namiotu, gdzie już zalegały zwłoki, do których dołączyłem hehe. W sobotę zerwałem się jak nowonarodzony, wizyta na stacji, tournee po stoiskach (w tym roku znalazłem wyjątkowo mało rzeczy, które chciałem, pomimo, że nie można było narzekać na ilość firm, które przybyły do Trutnova ze swoim kramem). Wraz z wesołą ekipką zasiedliśmy na ławeczkach i obserwowaliśmy wydarzenia wczesnego popołudnia. RECTAL SMEGMA - zabawowy gore grind z Holandii, zdołowane gitary, przesterowany voice, spory ruch ożywił towarzycho. Po miłośnikach tulipanów drugi z polskich przedstawicieli tegorocznego OEF czyli stołeczna PYORRHOEA. Profesjonalnie zagrany koncert, czarne wdzianka, dobre brzmienie, brutalny death metal o wyraźnie amerykańskiej proweniencji robiły dobre wrażenie, ale nie bardzo porwały publiczność do "tańca". Miałem wrażenie, że Warszawiacy nie do końca pasowali do profilu festu ze swym zbyt "poważnym" nastawieniem i tak chyba było. Nic to jednak, bo plamy na pewno nie dali, a i sami byli zadowoleni z imprezy (spotkaliśmy się później koło jednej z knajp - wszyscy z bananami na pyskach). GONORRHOEA PUSSY - czyli spadkobiercy starego dobrego GUTA - tyż z Niemiec, hehe. Proste do bólu umpa-umpa (wiadomo remiza rządzi), średnie tempa, porno hity sączące się w eter wprawiły mnie w dobry nastrój. Pan High-Speed-Cum-Sniper (czyli wokal jakby ktoś nie wiedział hehe) w skórzanej masce, skrywającej jego lico bulgotał aż miło do mikrofonu (obowiązkowy pitch shifter) zarówno autorskie "kompozycje", jak i nieśmiertelne "Consequence". Potem nastąpił jeden z jaśniejszych jak dla mnie punktów Obscene 2008 czyli NAMEK. Portugalskie combo przypierdoliło rewelacyjnego grindcore'a z równie świetnej płytki "Vaginator" wzbudzając spory aplauz u zebranej publiczności. Słusznych rozmiarów mięśnia piwnego (tu jest mi bliski hehe) Dr. Lombrigus (aka Vítor Mendes) dwoił się i troił dzierżąc w łapach urządzenie do ryczenia, reszta kapeli wtórowała mu wycinając tłuste riffy i kanonady perkusyjne. Nikt nie stal na scenie, energia ich wprost rozpierała, co się wszystkim udzielało. Brawo comarades! Po małym maratonie nastąpił czas na wycieczkę po terenie, w końcu nie można zaniedbywać znajomych mord, jak również obniżać poziomu sprzedaży alkoholu. Jednakże BENIGHTED już nie mogłem odpuścić. I cieszę się, że tego nie uczyniłem, bowiem przemili Francuzi wycięli taki set, że kapcie nam pospadały! Bardzo techniczny, a przy tym odpowiednio brutalny death metal podany z ogromnym zaangażowaniem scenicznym prezentował się znakomicie. Panowie hasali bez butów (jak w zeszłym roku Kevin Sharp z BRUTAL TRUTH) po scenie niczym łanie po amfie, wciągając w wir zabawy. Numery z "Icon", z "Identisick" bez dwóch zdań sprawdziły się na żywo. LE SCRAWL postanowiłem sobie darować, nie to, że ich nie lubię ale dość często ich widuję, a musiałem się nastawić psychicznie na następne wydarzenia wieczoru hehe. A były to "najsampierw" kulturalni i dobrze ułożeni Finowie z IMPALED NAZARENE. Sporo lat i alkoholu upłynęło kiedy ich widziałem po raz ostatni na jednej z edycji FUCK THE COMMERCE (wielka szkoda mi tej zajebistej imprezy!) i tym ochoczo ruszyłem w kierunku, gdzie zaraz mieli się lansować. Gdzieś, kiedyś słyszałem, że niby nie bardzo sobie radzą na żywo, co jak już nadmieniłem zweryfikowałem pewnej zimnej i deszczowej nocy w Niemczech, więc wiedziałem, że teoria ta jest mocno przesadzona. Bardzo lubię ten ich punkujący black/thrash czy jak to tam nazwać, zwłaszcza ze starszych dokonań i tego mi nie zabrakło. Mika początkowo w gustownym kapeluszu (w kolorze krowy, że tak powiem) zapijający kolejne kawałki whiskaczem (to również norma), gitarnik z małym irokezem i bajeranckich okularkach i reszta trzódki nie pozostawili złudzeń co do tego, że wiedzą po co wyleźli na te dechy. Śmiało można powiedzieć, że zdecydowanie odróżniali się od reszty załóg zwykle grających na OEF-ie, a jednocześnie doskonale się wpisali w obowiązujący tutaj trend (o fuj, jakie brzydkie słowo hehe): totalnej zabawy! Coraz mocniej znietrzeźwiony mikroskopijny Luttinen wydawał się mocno szczęśliwy, że gra na grindowym feście, co zresztą obwieścił audytorium, a koledzy z kapeli wyraźnie podzielali jego opinię. Zaprezentowali przekrój przez bogatą dyskografię, wraz ze sztandarowymi szlagierami "1999: Karmakeddon Warriors", "We're Satan's Generation", "Total War - Winter War", nie zapominając o nowszych z ostatniego "Manifestu". Scena kipiała energią, żadnej stagnacji i odwalania chałtury. Po secie Mika powiedział mi, że to chyba ich najlepszy koncert i czekają, kiedy w końcu do nas przyjadą (podobno kiedyś mieli jakieś "ale" do Polaków, ale jakoś tego nie czułem). Przeglądu legend ciąg dalszy: MACABRE - odsłona druga. Trio z Chicago zawitało po raz drugi na scenę, ale tym razem już w swym "normalnym" repertuarze. Nie pierwszy (i zapewne) nie ostatni raz ich oglądałem, ale patrząc z perspektywy chłodnym okiem, to tamten występ nie był najlepszy. Może było to spowodowane zbyt mocnym zbrataniem się Nefariousa z naszymi trunkami (koledzy załatwili go spirytem, miał też chyba nawet lot a'la Małysz ze schodów w barze na backstage'u hehe), może jakimiś innym jeszcze względami, ale show, a właściwie jego brak był aż nadto widoczny. Zwykłe (czasem z błędami) odegranie numerów opiewających czyny seryjnych morderców, doskonale znane nam maniakom MACABRE. No cóż, maybe next time... Za to trzeci z tuzów nie pozostawił żadnego niedosytu. Mowa o EXTREME NOISE TERROR, które przydupcyło jak za dawnych lat. Po pewnym "romansie" z death metalem, czego owocem była płyta "Being And Nothing" grupa powróciła do korzeni i bardzo dobrze, bo to robią najlepiej! Mariaż crustu, hardcore'a, grindu i metalu w najlepszym wydaniu jego praojców! Angole uczynili w Trutnov takie spustoszenie i rozpierdol, że aż miło. Dean Jones i Phil Vane jadący na dwa wokale, wzięli we władanie deski sceniczne i tłum falujący pod nimi i niczym młodzieniaszki "rozdawali karty". Aż kipiało od furii i wściekłości w wyszczekiwanych, wyrykiwanych wersach i towarzyszących im dźwiękach, a to szaleństwo udzieliło się widowni nie szczędzącej sił, która jakby chciała udowodnić, jak bardzo "jej zależy", że zacytuję tytuł jednego z numerów ENT "Show Us You Care"! Reszta jest milczeniem, alko-pato wyjazd dobiegał końca, podobnie jak jubileuszowy OBSCENE EXTREME FESTIVAL. Długa podróż powrotna (chyba nawet aż tak dużo nie wypiliśmy hehe) bez zanotowanych ekstremalnych wypadków, znaczy się żyjemy. Do następnego razu!!! Marcin




OBSCENE EXTREME FESTIVAL
05 - 07. 07 .2007, Trutnov, Czechy.
Ło Matko Boska, jak ten czas leci. Latka lecą, bandzioch rośnie, ale jak co roku początek lipca jest zarezerwowany na nasz ulubiony festiwal (czasem mówimy, że pojechalibyśmy tam, nawet gdyby nie grało nic ciekawego, bo tak zajebista jest atmosfera, kumple z Polski i ze świata - nieustająca balanga). To już 9-ta edycja i jednocześnie dziewiąty mój pobyt na nim, więc mam prawo czuć się, jak kombatant, he, he. Początkowo niepewna była jego lokalizacja (jakieś kłopoty z władzami miasta), ale na szczęście koniec końców i tym razem wesoły cyrk OEF zawitał do Trutnova, gdzie czuję się jak w domu (patologicznym ale zawsze hehe). Dzięki uprzejmości Curby'ego z czekającą na miejscu akredytacją mogłem zacząć zbierać "uroczą ekipę" towarzyszy boju i już w środę 4-ego lipca w nocy wyruszyć do Czech. Tegoroczna edycja bowiem miał się zacząć już w czwartek, czyli właściwie jak zawsze, ale pewnym odejście od tradycji było to, że w noc poprzedzającą "właściwy" festiwal urządzono przedbiegi... thrashowe! No może nie do końca, ale o tym za chwilę. Podróż z odwieczną przesiadką we Wrocku upłynęła pod znakiem permanentnej alkoholizacji, chyba nie myśleliście, że wraz postępującą starością przerzucimy się na pączki i soki, co?! Spiryt się lał, jakoś tam minęła granica i nareszcie stanęliśmy u wrót "Na Bojisti" - kurde, tą trasę znam na pamięć, dotarłbym tam nawet na automatycznym pilocie, co w sumie miało rację bytu zważywszy na nasz "bajkowy stan", hehe. Ludzi nie było jeszcze wielu, ale powoli zaczynały się zjeżdżacie kochane zapijaczone mordy a to od nas - ze Śląska i Zagłębia, a to z Lublina, Chełma, Warszawy, Krakowa, Białegostoku itd. Samo przywitanie się z wszystkim zawsze trwa trochę czasu i kosztuje sporo zdrowia, zwłaszcza wątrobę. Po rozłożeniu gratów i stoisk można było ruszyć w wir festiwalowej zabawy, czemu usiłował przeszkadzać lejący co rusz deszcz. Zaszczyt otwieracza przypadł czeskim thrashowcom z DEBUSTROL, ale że jakoś nigdy nie byłem specjalnym ich miłośnikiem, to udałem się na z góry upatrzone pozycje przy piwku i załodze. Jednak kolejnej ekipy nie mogłem przepuścić - weterani z Niemiec - ASSASSIN. Byli jedną z nielicznych starych ekip z kręgów thrashowych, których nie miałem jeszcze możliwości ujrzeć na żywo, więc tym bardziej udałem się pod scenę. "Dziadki" uraczyli zebraną gawiedź siarczystą dawką starego, dobrego łojenia jak za dawnych lat. Przekrój przez twórczość, kawałki ze świetnej "The Upcoming Terror", jak również z "dwójki" i nowsze dokonania bardzo fajnie sprawdzały się na żywo. Mimo pewnych problemów technicznych koncert mógł się podobać, a Robert (voc) nawiązał doskonały kontakt z publiką hasając po deskach jak za młodych lat, a po pewnym czasie przywdziewając maskę Spider-Mana hehe. Wtórowali mu gitarzyści i przemiły Frank za zestawem perkusyjnym. Niewątpliwie dobry występ. Napisałem, że nie do końca thrashowa była to noc, bowiem po pewnej przerwie na przygotowania techniczne i scenograficzne, na scenę OEF zawitał nasz BEHEMOTH - obecnie wielka gwiazda i bożyszcze nastolatków. Jak dla mnie średnio pasowali do konwencji festu, ale zgromadzili mnóstwo ludzi, którzy przyjechali specjalnie dla nich. Specjalna scenografia, makijaże i kostiumy (pewnie sporo czasu potrzebowali na wyprasowanie tych kiecek, hehe) robiły jakieś tam wrażenie, ale niekoniecznie na mnie, który twórczość BEHEMOTH od lat traktuje przez palce, no nie leży mi i tyle. Ale żeby nie być kompletnym ignorantem obejrzałem fragment ich popisów (ostatnio widziałem ich na etapie "Pandemonic Incantations") i z tego co ujrzałem, mam następujące wnioski. To zawodowy zespół profesjonalnie podchodzący do swego zawodu (tak wydaje mi, że w tym przypadku możemy tak mówić), ale jak na mój gust wszystko to było zbyt wystudiowane, wyrachowane i bez emocji. Miliony zespołów dałyby na tacę, żeby choć w ułamku tak zabrzmieć i posiadać podobne umiejętności, nie mówiąc już o ogólnoświatowym sukcesie Nergala i spółki, ale do mnie zupełnie to nie przemawia i spływa jak po kaczce. Po kilku kawałkach udałem się na backstage, gdzie spędziłem przemiły "wieczór" w towarzystwie m.in. wspomnianego Franka z ASSASSIN, a także moich alko-pato kamratów. Były śpiewy, tańce i zbolała mina pani barmanki, kiedy prosiliśmy o kolejny beer, hehe. Na chwilę dołączył do nas Zbyszek z BEHEMOTH (tzn. Inferno), ale niestety został szybko zabrany na pokład Batmobliu (udzieliło mi się od tych kiecek), ups chciałem powiedzieć Behemothomobilu - ruszali na kolejny koncert, robota najważniejsza. Tak moi mili, piątek czas zacząć. Piwko na śniadanie, powitania skacowanych przyjaciół, a potem coś co postawiło nasz szybko na nogi - AFGRUND! W porze obiadowej (a więc przy niekoniecznie dużej frekwencji) szwedzka ekipa dała takiego kopa, że niedobudzonym kapcie pospadały. Szybki grindcore w wydaniu tych przypominających wyglądem tzw. gwiazdy rocka alternatywnego (pozory mylą!) ewidentnie spowodował wystąpienie na twarzach zebranych przysłowiowego "banana". Szybkie nawalanki, wysokie wrzaski, niższe rejestry wokalne, moc, siła - po prostu energetyczny kop w same jaja. Utrzymane w rejonach grind/crustu numery z debiutanckiej "Svarta Dagar" wydanej przez naszą Lifestage Prod. wprawiły mnie w doskonały nastrój. Po małym szamanku wróciłem w sam raz na innych starych znajomków - CLITEATER. Joost i koledzy jak zwykle przyfasowali mi w pojemnik porcją skocznego acz brutalnego gore grindu z klasycznym posmakiem, ukoronowanym coverem S.O.D. ("Speak English Or Die") o nieco zmienionym tytule ("Eat Clit Or Die"), hehe. Joost to przesympatyczny koleś, z którym zawsze fajnie się rozmawia i równie fajnie podziwia popisy jego kapel. Po Holedrach zrobiło się polsko na scenie i pod nią, w końcu miała zagrać NEUROPATHIA. I zagrała a jakże, przy aplauzie zebranych znajomych i nieznajomych żuli hehe. Fantastyczna dawka grind'n'rolla na naprawdę wysokim poziomie, wszak NEURO to już uznana marka, a ich ostatnie albumy niszczą niemiłosiernie. Było elegancko i w ogóle kulturka, Konrad brykał wykrzykując kolejne wersy "przebojów", w czym wtórował mu zza bębnów Radek, Roman i Piotrek szarpali odpowiednio bas i gitarę, a Czarek czarował gawiedź w swym nieodłącznym kapeluszu . I pamiętajcie "Bad Boys Go To Hell", a "Szataniści Pochodzą z Lasu"! Nie ma czasu na odpoczynek, bo już montują się amerykańscy brutaliści z DIGESTED FLESH. Czekałem na nich, mając na uwadze ich stuff ze splitu z INHUMAN DISSILIENCY i debiutancki krążek "The Answer To Infection" - z tych to właśnie materiałow pochodził ich repertuar koncertowy. Jankesi pozamiatali mega brutalnym, ciężkim jak dupa słonia deciorem, pełnym miażdżących zwolnień. Można było się poczuć, jakby ktoś nam buciorem na szyję nadepnął odcinając dopływ tlenu. Rubaszny Ron Solberg łatwo łapał kontakt z publiką, były gościnne występy przyjaciół oraz obowiązkowe obryzganie się posoką. Chciałem skoczyć na piwko, ale niestety nie jest mi to dane, bo już czekają naastępni w kolejce i znowu pochodzą z kraju hamburgerów - MAGRUDERGRIND. Odmienny od DIGESTED FLESH stylistycznie twór, co nie znaczy, że mniej dający po ryju. Szybki grindcore dawkowany w krótkich wybuchach nienawiści, pełen zarażającej publikę energii wywalił mnie z butów. Chłopaki dwoili się i troili na scenie, żeby jak najlepiej pokazać, że taka muza to dla nich chleb powszedni, a widownia odwzajemniała im te starania. Oj, działo się! A maraton trwa nadal, czas powitać stary, dobry ROMPEPROP. Uwielbiam ten ich skoczny gore grind, otoczkę jaką przybrali i zajebiście było zobaczyć ich znowu. Był to specjalny, gdyż był zarazem ostatnim gitarzysty, który przeprowadzał się do Szwajcarii, opuszczając tym samym zespół. Zabawa była naprawdę przednia, znane wszystkim maniakom bujające rytmy porwały tłum do "tańca", wszechobecna krwiopodobna maź (wypluwana przez pistolety wodne dzierżone przez przyjaciółki kapeli) sowicie oblewała zgromadzonych pod sceną fanów, były nawet swoiste grindowe zaręczyny jednej z pań, która okazała się bardzo sympatyczną siostrą przywoływanego gitarzysty. Nie zabrakło tradycyjnie maskotki kapeli - niemowlaka z wielkim członem hehe. Wreszcie chwila wytchnienia i wracamy bo obadać nowe wcielenie GENERAL SURGERY. Pisząc nowe mam na myśli zasadniczą zmianę na stanowisku krzykacza - Granta zastąpił niejaki Erik Sahlström - znany choćby z MAZE OF TORMENT. Wstydu sobie i kolegom nie przyniósł i dobrze się sprawdził w roli frontmana. Nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz obcowałem z nim na żywo, ale kiedy słyszy się kawałki z kultowego "Necrology, nie sposób pozostać obojętnym. Naturalnie Szwedzcy doktorzy zapodawali również numery z nowszej "Left Hand Pathology", niemniej udane, podobnie jak sam koncert. Ostatnim bandem, który widziałem tego wieczoru/nocy był fiński ROTTEN SOUND. Któryż to już raz mam tą przyjemność? Rezygnując z krwawego image'u występując tym razem na czarno (podobnie jak na Brutal Assault w 2006r.) zamordowali publiczność swym perfekcyjnym grindem. Przekrój przez ich bogatą dyskografię stanowił set koncertowy, brzmienie było nienajgorsze, jednak jak dla mnie brakowało trochę znanej mi z ich poprzednich występów mocy, nie czułem takiej energii, jak np. wcześniej przy MAGRUDERGRIND. Nie wiem, może to było zmęczenie (moje i Finów), stopień spożycia czy coś innego, ale nie był to na pewno najlepszy występ ROTTENÓW. Po gigu umawiałem się na następny dzień na wywiad z G (czy jak kto woli Keijo), ale niestety nie dane mi było zrealizować tego misternego planu, bo jak już przybył na miejsce to był nawalony jak Pekaes do Grabocina - no cóż zdarza się hehe. Żałuję, że przegapiłem ZUBROWSKĄ ale ten wielogodzinny mityng koncertowy i przymus uzupełnienia procentów we krwi spowodował, że dołączyłem do imprezującej ekipy. Obejrzałem natomiast DESTRUCTIVE EXPLOSION OF ANAL GARLAND, w którym na garach spotykamy Buraka obsługującego bas w JIG-AI. Zabawowa muza łącząca elementy grindu z death metalem, z naciskiem na ten pierwszy była niezłym ukoronowaniem tego dnia. Coś tam jeszcze się chlapnęło i można było udać się na zasłużony wypoczynek. Sobotę rozpoczęliśmy od wizyty w barze, a potem szybciutko pod scenę na EXIT WOUNDS. To młodziutki stażem i wiekiem muzyków bandzik, który ostatnio zasilił znany i lubiany Artur zwany Paluchem (SQUAS BOWELS) specyficznie dopingowany przez nasze polskie audytorium, ale o tym sza hehe. Mimo pewnych niedociągnięć występ podobał mi się, chłopaki jechali aż miło ze swym grind/cruściorem - polecam materiał "17 Wounds Of Exit". Vojt maltretował bębenki, Bahama i Paluch również męczyli swe instrumenty, częstując zebranych soczystymi screamami. Będą z nich ludzie! Przechadzka w celu rozprostowania kości i przepłukania gardła, w sam raz na powrót na SATAN'S REVENGE ON MANKIND. Niemiaszki przybrali rzeźniczo-terrorystyczny (kominiary) image a to w korelacji z pełnym nieśmiertelnego "umpa-umpa" gore grindem pozwoliło im kupić widownię, która bawiła się znakomicie, w tym niżej podpisany. Proste łupanki, przesterowane wokalizy, płyny (już nie tylko czerwone, ale i np. zielone) wylewające się obficie ze sceny dopełniały obraz tego niecodziennego widowiska. Owocna wizyta w zakulisowym barze - znajome ryjki, m.in. Bilos (MALIGNANT TUMOUR), Chymus (ISAACARUM) i wielu innych, o których wiem, że zawsze ich spotkam na Obscene. Jakiś tam obiad, a przede wszystkim rozmowy z BIRDFLESH, GENERAL SURGERY i ze znakomitym interlokutorem Kevinem Sharpem z BRUTAL TRUTH spowodowały, że niestety przegapiłem m.in. HYMEN HOLOCAUST, no ale niestety muszą być jakieś priorytety. Ogromnie miło było spotkać się znowu z perkusistą BRUTALI i TOTAL FUCKING DESTRUCTION - Richem Hoakiem, z którym poznaliśmy się ładnych parę lat temu i stwierdzić, że wciąż mnie pamięta. Ale wracajmy do wydarzeń scenicznych. Nowa płyta francuskiego SUBLIME CADAVERIC DECOMPOSITION może nie należy do moich ulubionych, zdecydowanie bardziej wole jej poprzedniczki, ale nie mogłem sobie odmówić przyjemności zobaczenia ich na OEF. I co tu dużo mówić - nie żałuję. Francuzi to machina koncertowa, a i kawałki z "Inventory Of Fixtures" przybrały na sile. Jako się rzekło nowa płyta jest inna, wolniejsza, ale na koncercie nie mogło zabraknąć tych bardzo szybkich utworów z "jedynki" i "dwójki". Seb (gardłowy SCD) od początku załapał kontakt z publiką, był bardzo żywy i ruchliwy, w czym sekundowała mu reszta zespołu. Rozwalili i tyle! Jeśli o dniu poprzednim mówiłem maraton, to co dopiero rzec o sobocie, skoro od SUBLIME w dół właściwie ciężko było się ruszyć. No to po kolei: MUCOPUS. Amerykańców widziałem już po raz drugi (i to drugi w Czechach) i za każdym razem podobało mi tak samo. Brutalny death metal, pełen groove, ale i łamańców, świetnie odegrany, a przede wszystkim kopiący po dupie. Za mikrofonem Jason Keyser (podpora SKINLESS), który chyba ma ADHD, bowiem nie sposób było, żeby ustał w miejscu. Przemierzał scenę wzdłuż i wszerz, właził na głośniki, skakał na publiczność i przenoszony na rękach nie przestawał wyrykiwać wersów kawałków z "Mulch?" i świeżutkiej wówczas "Undimensional". Brawo! INHUMATE to klasa sama w sobie, ale ich czas na scenie pokrył się z moim pobieżnie - raz, że miałem pewne obowiązki na backstage'u względem MUCOPUS, a dwa, że to dla mnie nie pierwsze spotkanie z Francuzami. Powiem tylko, że z ludzi pod sceną nie było co zbierać, a Christoph jak zwykle rozpierdolił sobie czoło mikrofonem lub na odwrót hehe. Wesołki z BIRDFLESH w swych nieodłącznych, jakże trendy wdziankach (kryją się kiecki Nergala) wprowadzili olbrzymią dawkę dobrego humoru, bezbłędnie łącząc go z przepisową dozą brutalności. A co to za pan w sportowej koszulinie, a i reszta wygląda jakby przyjechała na wczasy? No tak to Shane i jego WACO JESUS. Pamiętny setu na Fuck The Commerce parę lat temu wiedziałem czego się spodziewać i to dostałem. Brutal as fuck (no bo czy mogło być inaczej) death, mocarne zwolnienia, potężny growl i młyn tuż pod nimi. Utworki z ostatniej jak dotąd "Receptive When Beaten" plus starsze rzeczy wprawiły tłum w amok, a Shane udowodnił, że z niego frontman co się zowie i nie ma w tym cienia przesady. "In my dominion I control the weak . And in vain in pain they turn the other cheek . I'm souless" - poleciało z głośników i już wszystko jasne - panie i panowie: GRAVE. Skoro zaczęli od takiego hiciora, to nie mógł być słaby występ. Szwedzka legenda zagrała dużo lepiej niż rok wcześniej pobratymcy z DISMEMBER. Doskonale wyważyli stare przeboje z nowszymi dokonaniami, a kultowe wałki, jak "You'll Never See" powodowały, że ludziom robiło się mokro i w oczach i w gaciach hehe. Ola i reszta nie brali jeńców i przejechali się po widowni OEF 2007 niczym walcem. Ale najlepsze miało dopiero nadejść - gwiazda wieczoru i festiwalu: BRUTAL TRUTH! Od niepamiętnych czasów chciałem ich zobaczyć i wreszcie spełniło się moje marzenie. Słyszałem różne opinie na temat tego występu, jednak jak dla mnie ta ponad godzina była znakomicie spędzonym czasem. Panowie mimo ładnych paru lat na karku pokazali wielu młodzianom ich miejsce w szeregu. Energią i zaanagażowaniem w grę mogliby obdzielić tuzin innych grup. Kevin bez butów szalał jak nastolatek po scenie (mimo wyraźnej siwizny) aby w pewnym momencie idąc tropem Christopha rozwalić czółko mikrofonem uderzając w nie co jakiś czas. Rich z obłędem w oczach masakrował swój zestaw, a i reszta zespołu bawiła się jak za dawnych lat. Mógłbym się przyczepić do brzmienia, które co tu dużo mówić nie było najlepiej ustawione, ale usłyszeć takie kawałki jak "Birth Of Ignorance"' "Ill -Neglect", "Walking Corpse", "Godplayer" było bezcenne! Dzięki ci Curby, że udało ci się ich zaprosić! Po tak znakomitym koncercie festiwal jak dla mnie mógł się skończyć, ale racząc się ze znajomymi rozmaitymi trunkami zobaczyłem "enty" raz PIGSTY - tym razem jakoś mnie nie przekonali. Już siedząc wygodnie na ławeczkach dzierżąc płyny w dłoni zerkałem na 2 MINUTA DREKA - zespół - dowcip, w którym monstrualny grubas w skórze a'la MANOWAR pląsał w tanecznych rytmach, kiedy na telebimie wyświetlano fragmenty pornoli, które szczerze mówiąc budziły moje większe zainteresowanie niż owa formacja. Zwieńczeniem festu była czeska skupina - PSYCHOTIC DESPAIR, w której znowu udzielają się ludkowie z JIG-AI, czy oni robią coś poza graniem, he, he? W każdym bądź razie tutaj dominującą rolę spełnia brutalny death metal. Niestety wszystko co dobre, szybko się kończy, i tak było z 9-tym OEF. Rozchodne kolejeczki, chwila snu, pożegnania i trzeba spadać na pociąg. Podróż powrotna upłynęła pod znakiem wzajemnego zrozumienia i akceptacji alkoholowej hehe. Ale wiecie co, za rok znowu się tam wszyscy spotkamy, na 10-tej jubileuszowej edycji! Zdravim! Marcin
Photobucket Photobucket
Photobucket Photobucket
Photobucket Photobucket
Photobucket



NEUROTIC DEATHFEST 2007
11 - 12 Maj, Eindhoven "Dynamo

Dwie pierwsze edycje festiwalu organizowanego przez szefa i właściciela NEUROTIC RECORDS w osobie Ruuda Lemmena odbyły się w rotterdamskim klubie "Baroeg", jako odpowiednio "Rotterdam Deathfest 2004" i "Rotterdam Deathfest 2005". Swoją przygodę z tym festiwalem zacząłem od drugiej edycji, czyli od "Rotterdam Deathfest 2005" i jak dotychczas ta impreza weszła na stałe do kalendarza moich podstawowych wyjazdów festiwalowo - koncertowych. W 2006 nastąpiły znaczące zmiany w kwestiach organizacyjnych, albowiem cały festiwal został przeniesiony z Rotterdamu do Eindhoven, czego konsekwencją była także zmiana klubu z dobrego "Baroegu" na doskonały "Dynamo". Oczywiście zmianie uległa nazwa całego festiwalu, który od tamtego czasu nazywa się NEUROTIC DEATHFEST. Wszystkie te wydarzenia przyczyniły się do tego, że jednodniowa ubiegłoroczna edycja, która odbyła się już jako "NEUROTIC DEATHFEST 2006" była niesamowicie udana. Na początku tego roku, dokładnie w styczniu pojawiły się pierwsze konkretne informacje dotyczące "NEUROTIC DEATHFEST 2007". Podstawową była ta, która oznajmiała powrót do dwudniowej edycji festiwalu. Moim zdaniem, patrząc teraz z perspektywy było to bardzo trafne i mądre posunięcie. Oczywiście w miarę upływu czasu zaczęły do mnie docierać coraz to ciekawsze informacje, które dotyczyły obsady składu tegorocznej edycji. W ramach swojej "Butchering Europe Tour" miał zagrać DEVOURMENT, VIRAL LOAD, DESPISE ( kolejna po PROPHECY, INVERACITY, DESPONDENCY, VOMIT REMNANTS, INSIDIOUS DECREPANCY, INFECTED MALIGNITY rokrocznie organizowana w maju trasa przez z Zdenka z LACERATED ENEMY RECORDS/GODLESS TRUTH ), a także IMMOLATION, KRISIUN, GRAVE w ramach swojej "IMMOLATION EUROPEAN TOUR", którą organizowała nasza rodzima MASSIVE MUSIC. Także część zespołów wyglądała naprawdę przekonująco i jak jeszcze doszedł do składu maltański BEHEADED, to byłem kupiony i niezmiernie zadowolony, że będę mógł piąty raz na żywo obejrzeć koncert jednej z moich absolutnie podstawowych kapel. Wszystko przedstawiało się w bardzo jasnych barwach, lecz im bliżej było festiwalu tym robiło się coraz mniej jasno, miło i przyjemnie. Na początek odpadł DENIAL FIEND z powodu całkowitego odwołania europejskich koncertów, co miało związek z jakimiś problemami wizowymi. Później niestety swój udział w festiwalu odwołał BEHEADED. Jak swoiste fatum i deja vu w jednym powróciła sytuacja z "ROTTERDAM DEATHFEST 2005", gdzie również byli anonsowani i gdzie również ostatecznie nie zagrali. Mam nadzieję, że kolejnym razem sprawdzi się powiedzenie, że "do trzech razy sztuka". Zresztą jak będą grali trasę promującą swoje piąte wydawnictwo płytowe, to i tak zapewne obejrzę minimum dwa koncerty BEHEADED.
Tradycyjnie wszystko mieliśmy zarezerwowane i zakupione odpowiednio wcześniej, czyli miejsca na trzy doby w hotelu w Eindhoven i bilety autobusowe w obie strony. Pojechaliśmy w tym roku trzyosobową ekipą w osobach Mariusza, Michała i niżej podpisanego. Droga z Warszawy do Eindhoven upłynęła w miarę szybko i znośnie, głównie dzięki bardzo wygodnemu i w miarę komfortowemu autokarowi, a także naszemu pewnemu już doświadczeniu w tych dość długich przejazdach. Na miejscu byliśmy praktycznie według rozkładu jazdy z kilkunasto minutowym opóźnieniem, co przy takich trasach i zróżnicowanych warunkach drogowo-pogodowych jest raczej nieuniknione. Pod znanym nam z ubiegłego roku hotelem byliśmy dość szybko i bezproblemowo, gdzie przy kolejnych browarach oczekiwaliśmy na zajęcie pokoju ( doba hotelowa ma swoje prawa ). Później już tylko istniał festiwal.
DZIEŃ 1
Według rozpiski otwarcie bram klubu "Dynamo" było zaplanowane na godzinę 17:00 i tak też się stało. Do środka weszliśmy pół godziny później, ponieważ po drodze musieliśmy tradycyjnie odwiedzić angielski pub o nazwie "The Celtic Pride". Po wejściu do klubu od razu udałem się na pierwszy tego dnia częściowy przegląd stoisk z płytami i koszulkami, gdzie oczywiście udało mi się zakupić kilka interesujących mnie rzeczy. Największym i najbardziej nieprzyjemnym zaskoczeniem tego dnia była informacja o absencji DEVOURMENT. Amerykanie byli zmuszeni wracać z powrotem do domu w celu załatwienia niezbędnych dokumentów, które umożliwiłyby im zagranie planowanych w Europie koncertów. Najpierw porażka w kwestii BEHEADED, później DEVOURMENT, ale przecież nikt nie obiecywał, że będzie lekko. Jako pierwsi na małej scenie zagrali nasi południowi sąsiedzi z DESPISE, którzy promowali swój debiutancki pełnoczasowy cd "Fragments Of Reprisal". Czesi zagrali bardzo dobry set i moim zdaniem w pełni obronili się swoim technicznym brutal groove death metalem. Energia na scenie, odpowiednie brzmienie, ciekawe sample powplatane w poszczególne kawałki przyczyniły się do bardzo dobrego przyjęcia DESPISE przez ludzi zgromadzonych przy małej scenie. Naprawdę dobre i mocne otwarcie festiwalu. Koncerty na dużej scenie otwierał tego dnia pochodzący z Teksasu Shawn Whitaker, tym razem ze swoim VIRAL LOAD ( udziela się jeszcze w INSIDIOUS DECREPANCY i GROTESQUE FORMATION ). Ten niesamowicie utalentowany gitarzysta i wokalista, tym razem zrezygnował z automatu perkusyjnego i zabrał ze sobą na trasę perkusistę znanego z gry w ORIGIN i UNMERCIFUL Jamesa Kinga. Efektem tego był wzorowy występ podczas którego amerykańskie duo raz za razem wgniatało w parkiet niemałą grupę fanów, głównie za sprawą kawałków z dwóch ostatnich wydawnictw. Konkretny brutal death metal zagrany w najlepszej tradycji i kanonie TXDM. Później czas na przejście w okolice małej sceny i koncert angielskiego NAILED. Był to drugi koncert tej kapeli, który miałem okazję oglądać i kolejny raz stwierdziłem, że death metal w wykonaniu Anglików jakoś do mnie nie trafia i nie bardzo mnie przekonuje. Oczywiście sam występ jak i muza NAILED, były obiektywnie patrząc pozytywne, to jednak ta kapela pozostaje poza kręgiem moich poważniejszych zainteresowań. Kolejną kapelą na dużej scenie był belgijski LENG TCH'E. Bardzo mocny, pełen energii i brutalności występ. Konkretna grindowa jazda do przodu bez zbędnych przestojów. Doskonale oglądało mi się ich koncert, gdzie uwagę zwracało charyzmatyczne zachowanie wokalisty, który na scenie rządził niepodzielnie wraz z całą resztą nie mniej ruchliwych i energicznych muzyków. Po koncercie Belgów udałem się na kolejny i bynajmniej nie ostatni tego dnia browar i kolejne obejrzenie oferty wybranych wytwórni i dystrybucji. W ten sposób umknął mi praktycznie cały koncert francuskiego KRONOS na małej scenie, ale mówi się trudno. Bardzo dobrze za to obejrzałem masakrujący wprost set w wykonaniu SEVERE TORTURE. Na kolana proszę państwa, moc, potęga brzmieniowa, wielka klasa i zawodowy koncert. Holendrzy mieli swój dzień i grając taki trochę przekrojowy koncert zaprezentowali się wprost genialnie. Jeszcze raz należy podkreślić doskonałe brzmienie, niesamowitą selektywność każdego instrumentu i wokal Dennisa, który jest w życiowej formie. Przyznam, że na taki koncert death metalowy czekałem od kilku miesięcy i doczekałem się dzięki mistrzom z SEVERE TORTURE, którzy wgnietli mnie w podłogę. Oczywiście grając na swoim terenie mieli niesamowite przyjęcie przez publiczność jednak trudno się temu dziwić, gdy na scenie gra kapela tego pokroju. Już teraz z niecierpliwością oczekuję na następcę "Fall Of The Despised". W doskonałym humorze ruszyłem w kierunku małej sceny na włoski SEPTYCAL GORGE, których to koncertu byłem niezmiernie ciekawy. Uważam, że ta kapela to wartościowy młody zespół, który w stosunkowo niedługim czasie może trochę namieszać na europejskiej brutal death metalowej scenie. Pięciu Włochów gra właśnie brutal death metal dość wyraźnie inspirując się amerykańską sceną wraz z jej czołowymi przedstawicielami jak chociażby DISGORGE, DEEDS OF FLESH. W "Dynamo" skupili się głównie na promocji swojego ostatniego wydawnictwa w postaci mcd "Growing Seeds Of Decay" i przyznaję, że dostałem od SEPTYCAL GORGE to czego oczekiwałem, czyli ultra brutalnego US death metalu na wysokim poziomie techniczno-aranżacyjno-wykonawczym. Prezentacja na scenie więcej niż dobra, żadnych bajerów, żadnego gówna i pitolenia tylko brutalne oranie w najlepszej amerykańskiej tradycji od początku do końca. Przepisowy growl i guttural wokalisty, mocarna sekcja i mielące gitary, a wszystko to poparte dobrym brzmieniem sprawiło, że ludzie z SEPTYCAL GORGE jak i publika byli usatysfakcjonowani w stopniu znacznym z tego półgodzinnnego setu. Bez wątpienia kolejny bardzo mocny punkt pierwszego dnia NEUROTIC DEATHFEST. Czas upływał nieubłaganie i około godziny 23:00 na głównej scenie swój koncert zaczął VITAL REMAINS. Przyznaję, że nie miałem okazji zobaczyć ostatniego koncertu Amerykanów w warszawskiej "Progresji", także tym bardziej byłem ciekawy jak wypadną na żywo. Godzinny set złożony z kawałków z dwóch ostatnich płyt przekonał mnie w pełni, że VITAL REMAINS jest morderczą machiną koncertową. Doskonałe i niesamowicie żywiołowe zachowanie Dave'a Suzuki, trochę bardziej statyczne Tony'ego Lazaro, na basie Brian Hobbie znany między innymi z gry w INTERNAL BLEEDING i CATASTROPHIC oraz równie dobrzy kolejni nowi ludzie w tej kapeli w osobach frontmana i perkusisty. Zagrali z wielką klasą i rozmachem godnym jednej z czołowych kapel parających się bluźnierczym death metalem. Ten swoisty żywioł, moc i brutalność utrzymali do końca swojego występu. Wraz z ostatnim kawałkiem VITAL REMAINS zakończyła się pierwsza część "NEUROTIC DEATHFEST 2007". Drugi dzień zapowiadał się jeszcze bardziej emocjonująco za sprawą kapel, które miały zagrać, piwa które miałem wypić i zakupów, które miałem tego dnia poczynić.
DZIEŃ 2
Tego dnia pierwszy koncert na małej scenie zaczął się praktycznie punktualnie o godzinie 13:30 występem niemieckiego SUFFOCATE BASTARD. Kapela, której debiutancki album ukazał się w tym roku za sprawą REVENGE PRODUCTIONS, wykonuje brutal death metal z bardzo wyraźnym amerykańskim piętnem. Na wokalu Konstantin z DESPONDENCY wykonał kawał kapitalnej pracy, reszta składu SUFFOCATE BASTARD także nie pozostawała w tyle, brzmieli dobrze i zagrali koncert, który na pewno mogą zaliczyć do bardzo udanych. Ciekawostką jest fakt, że gitarzystą w tej niemieckiej kapeli jest Polak, który obecnie mieszka za naszą zachodnią granicą. Po koncercie trochę z nim porozmawiałem i okazał się sympatycznym gościem, który był nieco zdziwiony faktem, że na "NEUROTIC DEATHFEST" dotarł ktoś z Polski. Później oczywiście trzeba było ruszyć do jednego z barów na terenie "Dynamo" w celu uzupełnienia poziomu chmielu w organizmie i zaraz potem dotarłem na dużą scenę, gdzie swój koncert rozpoczął DAWN OF AZAZEL. Pochodzące z Nowej Zelandii trio wykonuje bluźnierczy death metal osadzony w klimatach i stylu ORDER FROM CHAOS, ANGEL CORPSE. Nie znałem do tej pory praktycznie w ogóle dokonań DAWN OF AZAZEL i muszę przyznać, że wywarli na mnie swoim koncertem dość pozytywne reakcje. Przepisowy jad i bluźnierstwo sączyły się ze sceny przez cały czas, momentami czuć było w tym wszystkim taki old schoolowy feeling i było w porządku. Kolejną załogą na małej scenie była holenderska TOXOCARA. Z tego co zaobserwowałem to jest to bardzo popularny i znany band w Holandii, albowiem mieli bardzo żywiołowe przyjęcie. Klasyczne klimaty death metalowe odegrane według wszelkich kanonów gatunku z rasowym brzmieniem i żywiołem na scenie zostały docenione przez publikę. Osobiście mnie twórczość TOXOCARY jakoś szczególnie nie rusza, ale widać, że w swoim kraju mają dość spore grono słuchaczy. Warto dodać, że jako jedyny zespół na festiwalu mieli kobietę w składzie, a dokładnie to basistkę. Nie czekałem do końca koncertu Holendrów tylko jak najszybciej udałem się na główną scenę, żeby zająć najdogodniejsze miejsce do robienia zdjęć na VISCERAL BLEEDING. Wszystkie trzy albumy Szwedów podchodzą mi wybitnie, od dłuższego czasu bardzo im kibicuję i miałem nadzieję, że oglądając ich drugi koncert, po raz drugi pojadą po całości. Zawodowy koncert pełen agresji, furii, brutalności i niesamowitego ruchu na scenie. W kwestii set listy przekrojowa sprawa w postaci między innymi "Disgusting The Vile", "Merely Parts Remain", "Fury Unleashed", "Rip The Flesh", "Remnants Of Deprivation". Szwedzki kwartet mocno i porządnie pozamiatał przez dwa kwadranse swojego występu. Szkoda tylko, że nie mieli swojego stoiska, gdyż od jakiegoś czasu zbieram ich merchandise i w zasadzie to brakuje mi tylko jednej koszulki. Liczyłem na to, że kupię ją właśnie w Holandii, ale mówi się trudno i trzeba będzie zamówić bezpośrednio od kapeli. Najważniejszy jest fakt, że VISCERAL BLEEDING zagrał perfekcyjny koncert i bynajmniej nie byłem w swojej opinii odosobniony. Później ruszyłem w okolice baru w celu uzupełnienia płynów i obejrzenia oferty stoisk rozstawionych na poziomie małej sceny, które do tej pory widziałem niezbyt dokładnie. Praktycznie w ten sposób umknął mi występ angielskiego INFECTED DISARRAY, ale w zamian udało mi się kupić bootleg dvd-r BEHEADED z trzema pełnymi koncertami i trzema klipami, bardzo dobrze wydany i jestem usatysfakcjonowany co niemiara. Po Anglikach na dużej scenie zaczęli swój koncert zastępcy BEHEADED postaci holenderskiej death metalowej dumy czyli PROSTITUTE DISFIGUREMENT. Odpuściliśmy jednak zupełnie ich koncert, gdyż jak wiadomo organizm wcześniej czy później upomni się o należne mu prawa i ruszyliśmy na konkretny posiłek do umieszczonego niedaleko "Dynamo" baru. Powiem tylko tyle, że filety z ryby i kurczaka rządzą. Po powrocie do klubu szybko udałem się w stronę małej sceny gdzie zaczynał grać włoski HOUR OF PENANCE. Nowi podopieczni UNIQUE LEADER RECORDS zaprezentowali się nadzwyczaj brutalnie i korzystnie. Brutal death metal wykonany nienagannie technicznie, dobrze brzmiący, charyzma i pewność siebie na scenie, widać i słychać, że Włosi wiedzą o co chodzi w tym gatunku. Na koniec zagrali cover i to nie byle jaki, ale ten z najwyższej półki w postaci "Catatonii" SUFFOCATION. To było absolutnie mistrzowskie zakończenie niezwykle udanego koncertu przez HOUR OF PENANCE. Przyznaję, że ludzie z UNIQUE LEADER RECORDS zawsze mieli i mają nadal znakomitą intuicję przy wyszukiwaniu nietuzinkowych kapel do swojej stajni. Nadszedł wreszcie czas na CEPHALIC CARNAGE. "Anthro Emesis", "Lucid Interval", "Hybrid" i wiedziałem, że to będzie czyste wizualno-dźwiękowe morderstwo. Niesamowity show na scenie, ruch, energia, pasja i oddanie muzyce. Dalej były między innymi takie wałki jak "Observer Of The Obliteration Of Planet Earth", "Scientific Remote Viewing". Oczywiście nie mogło zabraknąć utworów z czekającego jeszcze wtedy na premierę "Xenosapien", które nastrajały bardzo optymistycznie do nadchodzącego krążka. Niesamowicie szalony, brutalny, intensywny i zeschizowany show zostanie mi w pamięci na bardzo długo. Po CEPHALIC CARNAGE chwila wytchnienia i z kolejnym piwem w ręku ląduję na małej scenie, aby obejrzeć występ GUTTED. Początkowo nasi przysłowiowi bratankowie grali dość mocno spięci, ale w miarę upływu czasu było widać, że ten stres ich opuszcza i poczynają sobie coraz śmielej. Ich brutalny, momentami dość techniczny death metal może się naprawdę podobać i gdyby na scenie było więcej ruchu i przysłowiowego ognia to byłoby świetnie. Nie ominęły ich także pewne kłopoty techniczne, które dosięgły najpierw perkusistę a później jednego z gitarzystów. Generalnie wyszli z tego obronną ręką i zagrali koncert na dobrym, równym poziomie. Niezmiernie ciekawy byłem koncertu GRAVE mając w pamięci dwa ostatnie występy Szwedów w Polsce, ten kompletnie żenujący przed CRYPTOPSY i świetny przed OBITUARY. Uważam, że Ola Lindgren i spółka zachowali wysoką formę , którą zaprezentowali koncertując wraz z OBITUARY. Skandynawski walec kolejny raz przejechał po mnie bez pardonu i bardzo mi się podobało. Cały czas ostra jazda do przodu, dobre nagłośnienie i wysoki poziom sceniczno-wykonawczy części starszych klasyków jak i nowszego repertuaru. Weterani mają się nadzwyczaj dobrze. DEFEATED SANITY był jednym z moich kilku priorytetów na tym festiwalu, ponieważ obydwie płyty Niemców "Prelude To The Tragedy" i "Psalms Of The Moribund" idealnie trafiają w mój gust. Czterdzieści minut gęstego ultra brutalnego technicznego death metalu weszło mi bez popitki. DEFEATED SANITY zarówno w wersji studyjnej jak i koncertowej miażdży dokumentnie między innymi za sprawą takich kawałków jak choćby "Hideously Disembodied", "Stoned Then Defiled", "Prelude To The Tragedy", "Engorged With Humiliation" i moim zdaniem obok DESPONDENCY, to zdecydowana czołówka brutalnego death metalu za Odrą. Ta kapela naprawdę jeszcze niejednokrotnie bardzo pozytywnie zaskoczy swoją muzyką wielu maniaków. Koncert KRISIUN na dużej scenie widziałem mniej więcej w połowie i była to zdecydowanie najsłabiej brzmiąca kapela podczas festiwalu. Owszem była ściana dźwięku, lecz ogólnie całość była jakaś taka mało czytelna, niezbyt selektywna i przymulona. Na scenie niby tradycyjnie wszystko w porządku, ale mnie ten koncert jakoś szczególnie nie przypadł gustu i nie przekonał. Pod sceną oczywiście Brazylijczycy zebrali bardzo pokaźną grupę fanów, którzy przyjęli ich bardzo dobrze, pomimo tych wszystkich brzmieniowych mankamentów. Ostatni koncert na małej scenie zagrał szwedzki DEGRADE. Praktycznie w ogóle nie widziałem tej kapeli w akcji, gdyż spożywałem w tym czasie piwo w międzynarodowym towarzystwie przed klubem. Godzinę przed północą na scenę wyszedł nowojorski IMMOLATION i zagrał niestety ostatni już koncert tego festiwalu. Robert Vigna, Bill Taylor, Steve Shalaty i kierujący wszystkim Ross Dolan zgotowali wszystkim istne piekło na ziemi. Potężne brzmienie, amok pod sceną, czterech mistrzów death metalu na scenie w doskonałej formie i kondycji wykonawczej godnej tych największych i najznamienitszych legend. Zagrali między innymi "No Jesus, No Beast", "Close To A World Below", "Harnessing Ruin", "Father, You're Not A Father", "Into Everlasting Fire", raz za razem pokazując wielką klasę i moc. Nowe kawałki z "Shadows In The Light" znakomicie zostały wkomponowane w setlistę. Na koniec nieśmiertelny "Dawn Of Possession" jako perfekcyjne zwieńczenie tego wspaniałego death metalowego koncertu. Zastanawiam się tylko dlaczego nie zagrali nic z "Here In After"?. Trudno, wszak nie można mieć wszystkiego naraz. Koncert IMMOLATION to był stuprocentowy Unholy Cult. Podczas afterparty na małej scenie miał jeszcze grać holenderski ROMPEPROP, ale ta kapela jakoś nigdy specjalnie mnie nie interesowała, więc postanowiłem powoli udać się do hotelu.
"NEUROTIC DEATHFEST 2007" był moim zdaniem niesamowicie udaną imprezą. Bardzo trafny dobór kapel, świetna organizacja, doskonała atmosfera i moc wrażeń to główne czynniki, które sprawiają, że festiwal organizowany przez Ruuda Lemmena wyrósł na kolejną poważną i liczącą się death metalową imprezę rokrocznie organizowaną na terenie Europy. W przyszłym roku raczej na pewno ponownie wybiorę się do Holandii i życzyłbym sobie w składzie festiwalu takich kapel jak choćby SUFFOCATION, DECREPIT BIRTH, HUMAN MINCER, INVERACITY, GUTTURAL SECRETE i w końcu BEHEADED. Jak będzie z tymi życzeniami, to się okaże w przyszłym 2008 roku.
Jarek

PATOGEN FESTIWAL
11.11.2005, "Scena Muzyczna Champion", Chorzów.
Przemo z Mad Lion Records podjął się karkołomnego w dzisiejszych czasach zadania. Postanowił mianowicie zorganizować w naszym kraju trasę kilku kapel. Niby nic wstrząsającego, ale po pierwsze nie były to tylko polskie grupy, a po drugie należące do podziemia i tym samym niekoniecznie znane szerokiemu audytorium. W skład zestawu wchodziły: PARRICIDE, MENTAL DEMISE (Ukraina) oraz MINCING FURY AND GUTTURAL CLAMOUR OF QUEER DECAY (Czechy), do których w poszczególnych miastach dołączały inne kapele. W Święto Niepodległości "cyrk" zawitał do Chorzowa, do wcześniej nieznanego mi klubu "Scena Muzyczna Champion", leżącego na totalnym zadupiu, jak się okazało. Mieliśmy spore problemy, żeby go odnaleźć, ale w końcu się udało i ku naszemu zdziwieniu z godziny na godziny zapełniał się on ludźmi (dziwne, bo raz - zadupie, dwa - święto, trzy - nie było BEHEMOTHA ani VADERA). W Chorzowie zaprezentował się najbardziej rozbudowany zestaw kapel całej trasy opatrzony mianem "Patogen Festiwal" - a swą nazwę zaczerpnął od tytułu nowej płyty PARRICIDE, promowanej właśnie tym tourem. Imprezka zaczęła się około 15-ej, a zaszczyt jej otwarcia przypadł w udziale moim kumplom z INFATUATION OF DEATH. Znam ich doskonale, widziałem ich 5768 razy, więc ciężko mi coś jeszcze powiedzieć. Dobry, death metalowy koncercik, ubarwiony "Before The Creation Of Time" UNLEASHED. Widać, że z gigu na gig chłopaki wyrabiają się scenicznie, Gruby lepiej ryczy, tylko Frodek przypomina na scenie statystę, który znalazł się tam przypadkowo. Ci, co ich znają dopominali się jeszcze "Profanation", ale czas biegł nieubłaganie. Drudzy w kolejności byli wrocławianie z ASS TO MOUTH (swoją drogą dupiata nazwa, he, he). To moja pierwsza styczność z nimi, ale pozytywna muszę dodać. Grindzior ze sporą ilością miażdżących zwolnień i ze świnią na wokalu (koleżka w typie hardcore'owca z maską Jasona z "Piątku 13-ego" na licu, ale dysponujący niezłą koparą). Dwadzieścia minut niezłej jazdy, z jednym tylko zastrzeżeniem do starego znajomego Jarusia - jak ty mogłeś trzepać banią nie rozpuszczając włosów, wstyd panie, he, he. Następni na scenie meldują się rzeszowsco-krakowscy degeneraci PATOLOGICUM. Niestety tego popołudnia nie mieli najlepszego dnia i wypadli mało przekonująco. Pachel starał się jak mógł, ale zarówno jego zapędy, jak i reszty zespołu nie wzbudziły we mnie tym razem wielkiego entuzjazmu. Pragnę w tym miejscu nadmienić, że większość występów oglądałem z pozycji prowadzącego stoisko ze stuffem, więc moje relacje mogą nie do końca oddawać, to co się działo w "Championie". Jakoś w okolicach "Teleexpressu" władowali się na dechy następni starzy znajomi (co ja poradzę, że prawie wszystkie goszczące w Chorzowie formacje to w mniejszym lub większym stopniu moi kolesie) - NEUROPATHIA. Już wkrótce zaatakują nową płytą o wielce mówiącym tytule "Satan Is A Cunt" (nie wiem, czy rogaty się nie wkurwi, he, he) i poczęstowali nas kąskami z niej, jak również wcześniejszych wydawnictw. Zwracało uwagę przede wszystkim brzmienie - do cna przesiąknięte starą Szwecją, a jednocześnie rock'n'rollowym feelingiem. Zawodowy koncert, czuć wielkie obycie sceniczne, a Konrad (EFFECT MURDER także) w roli frontmana sprawdza się bez zarzutu. Bardzo ciekaw jestem samej płyty. Nowym krążkiem zaatakuje również powiązany z NEUROPATHIĄ posadą perkusisty SQUASH BOWELS, który był następny. Początkowo w rozpisce widniała fińska INFERIA, ale żeby nie przedłużać ceregieli związanych ze zmianą blach itp. Radek (pałker obu grup, jakby ktoś miał wątpliwości) zdecydował się, że zagra dwa koncerty z rzędu i poradził sobie znakomicie. SQUASHE zaaplikowali wałki z najnowszej "Love Songs" i coś starszego dla równowagi. Oni raczej nie dają dupy na scenie i tak też było 11 listopada w Chorzowie. Gore grind na nieosiągalnym dla wielu poziomie. Tuż po nich zainstalowała się INFERIA - grupa z mroźnej Finlandii, z którą objeżdżali Polskę, a potem ruszyli w ich rejony. Finowie nie zabłysnęli specjalnie swym typowym, łatwo przewidywalnym grindcore'm i szczerze mówiąc mało śledziłem ich poczynania, skupiając się raczej na handlu. Dlatego też nie pamiętam dokładnie kolejności następnych grających, ale mniej więcej przedstawiała się ona tak. Polski DROWNED CHILD z którego prezentacji nie zapamiętałem nic, tak jakby ich w ogóle nie było. Miałem prawdopodobnie lepsze rzeczy do roboty, sorry chłopaki, maybe next time. Za to pamiętam już na pewno SCABIES - ekipa Wróbla zastąpiła zapowiadany wcześniej VOMIGOD i uczyniła udanie. Tradycyjnie gościnnie wystąpił z nimi Sonia (kiedyś podpora PSYCHONEUROSIS) - piszę tradycyjnie, bo Sonia zawsze się zarzeka, że to już ostatni raz, a takich było już kilka, he, he. Widać jednak było, że brakuje mu grania i miał dużą radochę z hasania po dechach, jak dawniej. Drugi wokal obsługiwał Romek i w sumie, jakoś sobie radził. Nie pozostaje nic innego, jak pochwalić SCABIES za te dwa kwadranse z grindem. HEADLESS i HELLSPAWN jakoś mi przeleciały koło nosa, chociaż ten drugi młócił całkiem niezły death metal i trzeba ich będzie jeszcze gdzieś "przyłapać. Pora na pierwszą skupinę "Przemkowej trasy" czyli czeski MINCING FURY AND GUTTURAL CLAMOUR OF QUEER DECAY. A to taki mocno popierdolony death/grind z dwoma wokalami, bo jak się okazało dołączyła do nich panienka i darła się wniebogłosy - ciekawe doświadczenie, he, he. Jednym się podobało, drugim nie, ale mi tam weszło bez większych rewolucji żołądkowych. Headliner trasy PARRICIDE wypadł zajebiście. Obecnie liczą aż ośmiu członków, z tym, że kto akurat jest dyspozycyjny, to gra koncerty, a jednocześnie wszyscy są pełnoprawnymi "obywatelami" PARRICIDE - fajny układ trzeba przyznać. Wraz z poprzednią płytą "Kingdom Of Downfall" chełmianie poszli bardziej w stronę grindu i "Patogen" kontynuuje tą ścieżkę. Brutalność wymieszana z odpowiednim ciężarem, a także swego rodzaju chwytliwością dawała na scenie piorunujący efekt. Przyczyniali się do tego dwaj szalejący wokaliści dysponujący gardziołkami o zdecydowanie knurzej proweniencji. Żywioł i zniszczenie - tak można podsumować, to co wyczyniało PARRICIDE, nie zapominając o masakrująco odegranych coverach DEZERTERA i BOLT THROWER. Goście z Ukrainy - MENTAL DEMISE byli już u nas parokrotnie i wypracowali sobie jakąś tam pozycję. Zaprezentowali dobry, brutalny death metal, nie stali jak cipy i starali się porwać publikę do zabawy. Ogólnie git. Koncert powoli dobiegał końca, trzeba było się pożegnać z kapelami i Przemkiem, ale nie z klubem, tu bowiem pękło jeszcze niejedno piwo. Tylko dlaczego kurwa zgodziłem się pomóc o ósmej rano znajomej przy przeprowadzce? Po dwóch godzinach snu prawie mnie to zabiło, ale co tam, grunt że "Patogen Festiwal" trzeba zaliczyć do udanych imprez, a organizatora pochwalić za zapał i chęci.
MARCIN

OBSCENE EXTREME FESTIVAL 2005
08 - 09. 07. 2005, Trutnov, Na Bojisti.
Śmiało bez kozery mogę się określić mianem weterana tego festiwalu. Byłem na wszystkich edycjach (w tym roku odbyła się już siódma z kolei), widziałem jak rósł i się zmieniał. Trasę dobrze znaną przejechaliśmy czwartkową nocką, z tradycyjnym postojem we Wrocku - ta sama knajpa, co w roku ubiegłym, ale na szczęście mnie nie poznali, he, he, ale i tak za browar trzeba było wybulić 7zł. Co robić jednak, jak pić się chce? W miarę wyprostowanej pozycji przeniknąłem przez bramę (jak zwykle ogromne podziękowania dla Curby'ego za backstage!) i po krótkim przywitaniu z kilkoma znajomkami udałem się jeszcze z plecakiem pod scenę - montowali się właśnie kolejni starzy znajomi z PATOLOGICUM. Sądzę, że jak na zespól otwierający festiwal nie wypadli źle, dając ludziom odrobinę soczystego gore grindu. Piotrek jak zwykle "ładnie śpiewał", chłopaki nadupcali w instrumenty, a kolejne elementy mojego wyposażenia, jak np. karimata lądowały na scenie. Był podobno nawet genialny plan Przemka z Mad Lion co by i mnie wrzucić, ale nie doszło do realizacji. Ok., można w końcu się rozpić, tj. rozbić chciałem powiedzieć. Troszkę mi zeszło, znowu przybłąkały się nie wiedzieć skąd jakieś płyny i w ten sposób przegapiłem występ naszego THIRD DEGREE. Niedługo po nich miał zagrać następny polki band, a mianowicie DEVILYN. Niestety mieli jakieś problemy z dojazdem, mocno się spóźnili i w ten sposób mogli odfajkować nie zagrany koncert. Szkoda, bo nie widziałem ich jeszcze w nowym składzie. Zobaczyłem za to KRONOS. Nie spodziewałem się po tych francuzikach takiego żywiołu, również Wojtek z DEFORMED cmokał z podziwem. Brutalny death metal zagrany z totalnym czadem i ekspresją, która udzieliła się całemu zespołowi. Połamane struktury kawałków w połączeniu z perfekcją wykonania oraz pełnym spontanem muzyków w zachowaniu scenicznym przyczyniły się do entuzjastycznej reakcji zebranej publiki. W tym miejscu pragnę dodać, że ja to mam zawsze szczęście i znowu kurwa lało prawie przez całą imprezę (czerwone błoto mnie dobijało, o czym mogą zaświadczyć moje spodnie po bliskim kontakcie z tymże), z tą drobną różnicą, że tym razem było chociaż dość ciepło. Zatrzymałem się na dłużej pod sceną, bo po KRONOS wystąpiło kolejne ciekawe zjawisko w postaci AMOEBIC DYSENTERY. Amerykańska grupa wyglądem przypominała pracowników elektrowni atomowej tudzież lekarzy rozpracowujących w ściśle sterylnych warunkach nowy groźny wirus. Szczelnie zakryci koleżkowie w białych uniformach stanowili dość ciekawy widok, ale nie był to ich jedyny atut, bo i muza mi się spodobała. Trio rodem z Atlanty przywaliło ostro brutalnym gore/grindem wspartym automatem perkusyjnym. Nie każdy lubi takie granie, bo powiało trochę cybergore'm, ale ja akurat przyswajam je bez najmniejszych problemów, dlatego też gig AMOEBIC zaliczam do udanych, tym bardziej, że Jankesi nie stali jak te ciecie, ale mimo zapewne duszących nieco przebrań hasali po całej scenie, jak pierdolony jelonek Bambi po lesie. Kiedy zeszli z dech przeżyłem pewien spadek formy i udałem się na pewien czas do namiotu, gdzie podobno o mało nie wyplułem płuc, bo mnie jakaś gruźlica męczyła. Ominęły mnie "prezentacje sceniczne" (jak to pięknie brzmi, prawda?, he, he) INGROWING - których widziałem 150 razy i LENG TCH'E - tu akurat trochę żałuję, bo nowa płyta niszczy, a i pan wokalista nie ubrał tym razem wdzianka ninji. Zmartwychwstałem akurat na końcówkę setu DISFEAR, którzy pokazali się z dobrej strony, podobni zresztą jak i na FTC, o czym już pisałem. Po nich nastąpiło to na co czekałem z niecierpliwością, czyli BLOOD DUSTER. Australijczycy byli w trakcie europejskiej trasy, a jednym z ich punktów był właśnie OEF 2005. Mam trochę mieszane uczucia co do ich show. Z jednej strony zagrali zajebiście, numery ze wszystkich płyt, z silnym naciskiem na ostatnią "Blood Duster", a z drugiej zachowywali się trochę wieśniacko. To, że byli rozebrani do pasa i skropieni posoką to jak najbardziej ok., ale już sikanie przez Jasona - gitarzysty, który z czasem rozebrał się całkowicie - do kubka i wylewanie zawartości na publikę czy klejenie się na siłę do wszystkich kobiałek pod sceną i na niej średnio wzbudziło mój entuzjazm. Dobrze chociaż, że muzycznie nie dali ciała i dali porywający przykład, jak młócić grindcore'a z silną domieszką rock'n'rolla. Energia wprost ich rozpierała, a jej kumulację mieliśmy w zagranym na bis, moim ulubionym "Drink Fight Fuck". Może tylko ja niepotrzebnie się czepiam? PUNGENT STENCH sobie odpuściłem, bo ileż można. Tym bardziej, że teraz to już całkiem inny zespół, nie mający za wiele wspólnego ze swoimi początkami i płytami takimi jak "For God Your Soul...". Pojawiłem się z powrotem na zachwalane przez niektórych PURGATORY. Pojawiłem się, postałem i po paru numerach wróciłem na z góry upatrzone pozycje. Dość toporny death metal, bez jaj i ikry. Cały czas miałem wrażenie oglądania ubogich krewnych VADERA - tak sprzed paru lat. Nuda straszliwa... Resztka nocy upłynęła pod naszym ulubionym sztandarem alkoholistycznym. Był z tego co pamiętam jakiś grill chyba, a potem dokuśtykałem do namiotu (dzięki Długi za miejscówkę!). Sobota przywitała mnie jakżeby inaczej deszczem, ale i tak muszę uznać dzień za przyjemnie spędzony. Z panem Grindakiem (Mega-Sin) wykonaliśmy kilka dobrych wycieczek na stację benzynową po "paliwo" 40%, którym to raczyliśmy się na stoisku Crude/Bad Taste tak do 17.30. Do tej pory nie grało nic na tyle mnie interesującego, żebym ruszył dupę pod scenę, no może poza znajomkami z DEFLORACE i portugalskim HOLOCAUSTO CANIBAL, ale obie te załogi już widziałem na żywo, a Czechów to nawet parokrotnie. Tak czy siak o 17.40 wystartowała STOMA i tego już nie mogłem przegapić. Masywny gore grind na dwa voxy wypadł więcej niż dobrze. Holendrzy zapodali kawałki ze swej nowej płyty "Scat Aficionado", jak również utworki znane ze splitu z LAST DAYS OF HUMANITY. Fajnie się zrobiło, a za jakiś czas jeszcze fajniej, bo wyskoczyła SAYYADINA. Szwedzkie crust/grindowe commando przyjebało z laćka i poprawiło z kopyta. Podobna intensywność jaką widziałem u ich rodaków ze SKITSYSTEM na ubiegłorocznym Fuck The Commerce. Szybkie kawałeczki, rwane, ostre riffy, sieki perkusyjne, punkowa energia i wrzeszczane wokale - idealne rozwiązanie na koncerty. Rozochociłem się, po czym znowu się wynudziłem. Legendarne dla niektórych DEAD powróciło do żywych (mimo nazw) i postanowiło zaprezentować się widowni OEF. Zupełnie bezbarwne, jałowe pół godziny (nie, tyle to ja nie wytrzymałem), zagrane z "pasją" podobną do tej, jaka emanowała z INIQUITY i ILLDISPOSED na jednej z edycji FTC - aż się chciało zacytować Kaczora i krzyknąć: "spieprzać dziady!". Grunt, że tuż po nich sceną zawładnął Dave Rotten. Podobnie jak było na tegorocznym FTC AVULSED nie pozostawiło cienia wątpliwości, że są świetną kapelą koncertową. Rotten szalał, trzepał banią, skakał z mikrofonem w publiczność, nie przestając wyrykiwać kolejnych wersów. Iście hiszpański temperament. Zresztą pogadaliśmy sobie, bo zapamiętał mnie z wywiadu, jaki z nim zrobiłem w Niemczech. Maraton trwa, bo montuje się REGURGITATE. Szwedzi już raz wystąpili na Obscene, ale wtedy nie byli odpowiednio przygotowani do grania live i tym razem liczyłem na dużo więcej. I nie zawiodłem się, bo Rikard i spółka dowalili do pieca. Od czasu poprzedniego pobytu na OEF wydali rewelacyjną płytę "Deviant" z której to częstowali nas "grubymi kawałami", a także wyrobili się scenicznie. Szybki, mięsisty gore grind nie mógł przejść niezauważony i publika nie szczędziła siłą pod sceną. Miało to wreszcie kopa i brzmiało tak jak przystało na mistrzów gatunku. Pozostajemy w klimatach, bo czas na HAEMORRHAGE. Również i dla nich był to drugi raz na czeskim festiwalu (tym festiwalu) i jak zwykle wypadli genialnie. Nieodłączne kitle, maski chirurgiczne, no i Lugubrious obficie spryskany sztuczną krwią. Pojawił się ostatni na scenie, wówczas gdy kapela już grała i jakiś geniusz z ochrony próbował go zrzucić, myśląc, że ma do czynienia z kolejnym zwariowanym fanem. Grunt, że mu na to nie pozwolono i koncert trwał w najlepsze. A propos najlepsze, to takie właśnie poszły numery w wykonaniu Hiszpanów z kultowym już "Decom-posers" na czele. Nie zabrakło także nowych kawałków z nadchodzącej płyty, która nawiasem mówiąc zapowiada się po tym, co słyszałem bardzo smakowicie. Było też coś specjalnie dla policji - czyli cover DOOM. Zajebisty gig! Moi czescy faworyci byli następnymi. ISACAARUM w nowym, a raczej nieco zmodyfikowanym image'u (tematyka zainteresowań nadal ta sama) z Chymusem w czarnym wdzianku, przyozdobionym niezłym makijażem nie dało ciała, bo nie ma tego w zwyczaju. Świeżo wydana płyta "Shibari Kata..." stanowiła clou setu, ale nie zapomniano i o starszych materiałach. Stali bywalcy OEF udowodnili, że Curby nie stawia na nich tylko z powodu starej znajomości, ale przede wszystkim z powodu świetnej muzy, jaką wycinają. Uff, po tylu godzinach masakrowania uszu pora odpocząć. Nie to, żebym poszedł spać, co to, to nie. Udałem się na poszukiwanie kumpli, których oczywiście znalazłem pod namiotem ,gdzie mieścił się bar. Rozkręciliśmy tam taką imprezę (znaną potem pod nazwą "Umpa Party"), że głowa mała! Wystarczy tylko powiedzieć, że przez całą noc leciała jedna płyta (panie z obsługi zaprzestały prób puszczenia czegokolwiek innego) z czeskim disco-polo! Dosłownie to najwłaściwsze określenie na te dźwięki. Darliśmy ryje, były tańce, a wkrótce dołączyło do nas większość towarzystwa z knajpy - Czesi, Niemcy, Holendrzy... Było naprawdę ekstremalnie, he, he. Ujemną stroną imprezki było to, że przegapiłem koncert LOOKING FOR AN ANSWER, który bardzo chciałem zobaczyć. Kiedy zaczynało świtać, poszliśmy się trochę przekimać. Powrót przebiegł bez większych ekscesów, nie licząc braków w alkoholu. We wsi zwanej Kłodzko nie można było znaleźć czynnego sklepu z wódżitsu, a wielka wyprawa po ów napój skończyła się przemoczeniem do suchej nitki. Nic to jednak, skoro w perspektywie mamy następną odsłonę Obscene Extreme Festival 2006. Już dziś wiem, że tam będę, a wraz ze mną, m.in. SINISTER (w nowym składzie), CRIPPLE BASTARDS i DEAD INFECTION!
MARCIN

FUCK THE COMMERCE VIII
04 - 07. 05. 2005, Luckau, Niemcy.

Roczek minął i znowu jedziemy na FTC. To już ósma edycja tego morderczego festiwalu, z imponującym zestawem, do którego zdążyli nas przyzwyczaić organizatorzy - Bruchstein Records, które całkowicie przejęło imprezę od Cudgel Agency. Początkowo mówiono o powrocie na "stare śmieci", czyli Neiden, ale nic z tego nie wyszło i niestety ponownie musieliśmy się męczyć na wygwizdowie Luckau. Chociaż to wydaje się nieprawdopodobne, to pogoda w tym roku była jeszcze gorsza niż w ubiegłym. Pomyśleć tylko, że przedłużony świąteczny weekend poprzedzający festiwal był ciepły z dużą ilością słońca - pierdolony pech. My się jednak tak łatwo nie zrażamy i na pewno pojedziemy za rok, bo pod względem muzycznym jest total. Jeszcze przed wyjazdem dowiedzieliśmy się, że ABSCESS i tym razem się nie pojawi. No cóż, może do trzech razy sztuka, tak, jak to było z BENEDICTION. Wyjechaliśmy tradycyjnie dzień przed z pewnymi przygodami, ale kiedy tylko zaopatrzyliśmy się w niezbędny "sprzęt" podróż minęła już szybko i bezproblemowo, nie licząc pierdolonego deszczu. Jeszcze dobrze nie weszliśmy, a już witał nas znajomy z poprzedniego FTC - Joe z INCANTATION. Na tzw. "warm up show" wystąpiło kilka kapel, ale trzeba to jasno powiedzieć, że interesowały nas tylko trzy z nich, a właściwie dwie, jak się miało okazać, bo DIVINE EMPIRE ostatecznie się nie pojawili. Pojawił się za to FUNERUS czyli "małżeński projekt państwa McEntee". Zagrali bardzo fajny koncercik - podobnie jak INCANTATION we trójkę i to Jill (żona Johna) przejęła obowiązki wokalisty. Jak się później dowiedzieliśmy na nowej płycie właśnie ona nagra wokale. Trzeba powiedzieć, że radziła sobie z tym całkiem nieźle, a ich klasyczny, chropowaty death metal w starym stylu robił równie dobre wrażenie, jak z płyty "Festering Earth". Mężuś napierdalał ostro głową, Jill ryczał, a Kyle masakrował zestaw. Krótka przerwa, Jill zostaje zastąpiona przez Joe i staje się jasne, że oto przed nami macierzysty band McEnteego. Zagrali trochę inny set niż w roku ubiegłym, raz, że pod namiotem, dwa, że od tego czasu ukazał się rewelacyjny album "Decimate Christendom" i wreszcie trzy, brzmienie było dużo lepsze. Skoro promowali nowy krążek to oczywistym jest, że skupiali się głównie na jego promocji racząc nas sporą porcję muzyki z niego pochodzącej, ale nie mam im tego za złe, gdyż jak mówię jest doskonały. Nie zabrakło naturalnie starszych kawałków, no może tylko "Profanation" mogliby jeszcze pyknąć, ale nie można mieć wszystkiego. Mrok, kult i zniszczenie! Chłopaki (i dziewczyna) zostali jeszcze na następny dzień i byli częstymi gośćmi na stoisku, które okupowaliśmy. Jill okazała się bardzo fajną babką, maksymalnie zaangażowaną w death metal - John nie mógł sobie chyba wymarzyć nikogo lepszego ze swoim trybem życia, he, he. A samą noc przed właściwym startem festu spędziliśmy a to chlając, a to śpiąc, czyli norma. Rano pogoda właściwie się nie zmieniła, czasami tylko przestawało padać, dlatego też zanim w ogóle się wytarabaniłem z namiotu trzepnąłem parę piwek, bo na trzeźwo było to nie do przyjęcia. W tym roku dla odmiany wszystkie gigi odbywały się na wolnym powietrzu i niczego nie przeniesiono, a szkoda, bo zwłaszcza w ostatni dzień mogło to być zbawienne. Pod scenę ruszyłem dopiero na trzeci zespół, a było nim GODHATE. Szwedzkie commando znane wcześniej pod nazwą THRONEAON zagrało naprawdę dobry koncert. Klasyczny decior idealnie wypośrodkowany między amerykańską szkołą grania (raczej DEICIDE niż DEEDS OF FLESH) a europejską. 40 minut dobrze brzmiącego i tak samo odegranego metalu śmierci z ruchawymi, co im się chwali muzykami. Początek całkiem niezły, trzeba przyznać. Później popitoliło parę średnio, żeby nie powiedzieć w ogóle mnie nie interesujących zespolików, ale już WACO JESUS to zupełnie inna bajka. Wkurwiony byłem, bo niedawno z racji pracy nie mogłem na nich pojechać do Czech (relacja Maćka w innym miejscu), ale teraz zrekompensowałem to sobie. Zresztą, jak tak spojrzę na tegoroczny zestaw, to kilka kapel (LIVIDITY, SUFFOCATION, IMPALED NAZARENE), których koncerty przeszły mi z tych samych powodów koło nosa pojawiło się razem na FTC i very kurwa good! Wróćmy jednak do Szalonego Jezusa. Przywalili tym co umieją najlepiej - brutalnym death'em z dużą dawką zwolnień i groove. Kawałki z "The Destruction Of Commercial Scum" i ostatniej jak na razie "Filth" wyryczane przez Shauna i z furią wygrane przez resztę ekipy poderwały maniaków do zabawy, mimo że aura do tego nie nastrajała. Było brutalnie i ciężko. Już widzę minę wszystkich "mroczniaków", którzy pierdolą że takie kapele nie mają jebnięcia, sądząc po ich ubiorze. Kurwa, takie załogi mają o wiele większą siłę rażenia niż gros beztalenci w gwoździach. Następnie... zrobiliśmy wódkę, a potem Artur (SQUASH BOWELS) zabrał mnie na stoisko Obscene, gdzie z innym chlorem Vlakinem (INGROWING) młóciliśmy rum. To był mój gwóźdź do trumny, a tak chciałem zobaczyć JUNGLE ROT i CATASTROPHIC. Nie to, żebym zaraz stracił przytomność, po prostu film mi się urwał (a nie byłem jedyny, prawda Arturku, he, he?). Wiem tylko, że robili mi zdjęcia, a nawet jakiś filmik nakręcili. Ale nie mogę powiedzieć, koledzy są w porządku, pomogli mi nawet buta ściągnąć, bo to zadanie przekraczało moje możliwości. O samych popisach JUNGLE ROT i CATASTROPHIC napisze poniżej Maciek. Piątek 6 maja, rano, nadal nie jestem zbyt żywy, ale od czego jest Tatra. Przed 13 zaczynają się koncerty, na przetarcie rusza CENOTAPH. Zespołów o tej nazwie jest na pęczki, ale ten pochodzi z Turcji. To pierwszy zespół z tej części świata, jaki widzą moje piękne oczy, ale nie jest mi kompletnie nieznany, bo już wcześniej miałem okazję posłuchać ich płytki "Puked Genital Purulency". Na scenie poradzili sobie niezgorzej ze swym brutal death'em o amerykańskim pochodzeniu. Nisko nastrojone gitary przydawały odpowiedniego ciężaru, a bulgoczący wokal dopełniał całości. Turcy jak tylko mogli starali się pokazać z najlepszej strony i sądzę, że wyszli obroną ręką ze swych starań. Dobry zespół na początek trzeciego dnia zmagań. Czas na uzupełnienie paliwa a i na scenie nie dziej się nic ciekawego. Powracam akurat na ROMPEPROP - a tu powtórka z rozrywki, ma na myśli ich show na Obscene w tamtym roku. Zajebista muza, zajebiste przyjęcie. Do perkusji przytwierdzono laleczka - dziecko z doklejonym wielkim kutasem - znak, że nie podchodzą do końca poważnie do tego co robią, a potwierdza to swymi zapowiedziami wokalista (np. "to jest utwór o tym, co zbiera się pod napletkiem po kilku dniach nie mycia pały na festiwalu") przebrany za chirurga i mocno oblany posoką. Zresztą ludzie pod sceną mają okazję zakosztować ów płynu, obficie wylewanego z butli przez jakiegoś wynajętego zapewne przez Holendrów jegomościa. W porę się odsunąłem i tylko moje spodnie nieznacznie ucierpiały, w przeciwnym razie do końca festu chodziłbym z czerwonym ryjem, jak niektórzy, he, he. Masywny groove gore grind + ekstremalna zabawa + cover GUT. Czego chcieć więcej? Następni w kolejce zamulili atmosferę, wynudziłem się, jak na 345 odcinku "M jak miłość" - VIU DRAKH: toporny niemiecki death (?). Za to już następna załoga przypieprzyła jak pan Szatan przykazał. "Jesteśmy z Walii, nie z pierdolonej Anglii" - zapowiedział wokalista i DESECRATION ruszyło z kopyta. Wielokrotnie już ich widziałem, dlatego też z pewnej odległości śledziłem ich poczynania. A było na co popatrzeć (ostry headbanging, wszyscy ubrani na czarno, pasy z nabojami) i posłuchać (brutalny death metal o zdecydowanie antyjezuskowym zabarwieniu). Dobry występ. Zajrzałem na dechy ponownie, jak montowało się GOREROTTED - które tym razem nie zrobiło na mnie największego wrażenia. Przede wszystkim zrezygnowali ze swego image (gołe torsy polane krwią), prężąc się w zwykłych ciuchach (Mr. Gore z łysą pałą i w koszulce Lonsdale'a - skiniol jak złoto). Nastąpiła również zmiana na stanowisku drugiego krzykacza - Baby Sliced'a zastąpił mi bliżej nieznany brodaty jegomość. Niby muzycznie było wszystko fajnie, ale nie wiedzieć czemu czegoś mi brakowało w doskonale znanych utworach z "Mutilted..." i "Only...", a może się czepiam? Za to z następnych w kolejności byłem już bardziej zadowolony. Według grafika miało być VOMITORY, ale mieli jakieś spore problemy z dotarciem i obawiałem się, że w ogóle nie dojadą. Małe przesunięcie i pora na LIVIDITY. Pogadaliśmy sobie wcześniej z Dave'm Kiblerem - sympatycznym skądinąd kolesiem, ale należy mu się kop w dupę za niedbalstwo. Grali już wcześniej trasę po Europie i wiedzieli, że u nas jest inne napięcie, zapomnieli jednak o tym zabierają ze sobą nieprzystosowane efekty gitarowe. Skończyło się na tym, że musieli skorzystać z tego co było na miejscu, przez co kurewsko ucierpiało brzmienie. Wiosła momentami rzęziły, a całości brakowało odpowiedniej mocy. Patrząc jednak na to co zagrali nie można mieć do nich pretensji. Poszło praktycznie całe "Fetish For The Sick", sporo z rozdupczającej w kolanach "Till Only...", a także cosik z mniej udanej "Age Of The Clitoral Decay". Matt Bishop operuje nie byle jakim gardłem, co pokazał wszystkim zebranym, szarpiąc jednocześnie struny, i przecinając powietrze grzywą. Wtórował mu na drugiej gitarze Kibler, wydając od czasu do czasu wściekłe piski i strzelając zabawne miny. Na bębnach nie oszczędzał się nowy człowiek w kapeli - koleś mordujący jednocześnie w LUST OF DECAY. Jak mówię, lista kawałków bez zarzutu, zaangażowanie również, tylko ten nieszczęsny sound. Na szczęście moje obawy okazały się płonne i potomkowie Wikingów dojechali do Luckau. VOMITORY zagrało i przede wszystkim zabrzmiało (brawa dla realizatorów!) świetnie. Ten ich mocno zbrutalizowany klasyczny death w typowo "staroszwedzkiej" oprawie brzmieniowej położył mnie na łopatki. Ach te gitarki! Do tego sporo blastów, miejscami nawet grindowych zagrywek, potężny wokal, poczułem się jakbym był koncercie na początku lat 90-tych, a nie na FTC. Na zakończenie dnia, a raczej nocy (nawet deszcz przestał napierać) zespół - ikona szwedzkiego death metalu. Grający od paru lat inną muzykę, ale nadal dla mnie wielki, za to co stworzył na "Left Hand Path", "Clandestine" i "Wolverine Blues". Chyba nikt nie ma wątpliwości, że chodzi o ENTOMBED. Co by nie powiedzieć o ich obecnej formie, to koncercik zagrali malina (nie wszyscy byli podobnego zdania), chociaż trochę za krótki (chyba z powodu kurewskiego zimna). Zaczęli od jednego z moich ulubieńców "Out Of Hand" z rozbrajającym nie zawsze refrenem "Jesus Christ - Lord Of Flies" i od razu zapachniało starą, dobrą Szwecją (już drugi raz licząc VOMITORY). Zagrali niestety tylko na jedną gitarę, bo drugi pan obsługujący ten instrument spodziewał się dziecka, a raczej jego żona i nie mógł z tego powodu przyjechać na FTC. Nie było oczywiście Jorgena, który opuścił zespół. Grunt, że reszta przyjechała, bo już raz wybrali bardziej intratną propozycję (pamiętacie mieli zagrać razem z DISMEMBER dwa lata temu). LG Petrov nie oszczędzał się ani na jotę i po koncercie wyglądał jak zmokła kura, resztki włosów lepiły mu się do twarzy, ale miał prawo być zmęczony po takiej playliście. Alex wygrywał swe jakże charakterystyczne, rozpoznawalne po sekundzie riffy, spokojnie ćmiąc peta, a garnki rozwalał jeden z najlepszych fachowców w branży - mr. Peter Stjarnvind. Było właściwie wszystko co sobie zamarzyłem: "Left Hand Path", "Hollowman", "Revel In Flesh", "Damn Deal Done", fragment "Night Of The Vampire" (szkoda, że nie cały), parę nowszych tracków, mniej mnie interesujących rzeczy (na żywo zabrzmiały dużo lepiej niż z płyt). Godzina szybko minęła i ENTOMBED zeszło ze sceny. Ludzie mieli mieszane uczucia co do ich gigu (może liczyli na więcej rzeczy z ostatnich cd), ale ja tam jestem happy z takiego obrotu sprawy tj. zestawu oraz z zaliczenia po GRAVE, MERCILESS i DISMEMBER następnej legendy szwedzkiego brzmienia przełomu lat 80/90-tych. Jeszcze tylko wyhaczyć UNLEASHED (prawdopodobnie już wkrótce będzie ku temu okazja, i w tym samym numerze przeczytacie relację) i można umierać, he, he. W nocy lało i piździło jak na Alasce, dobrze że alkoholizowałem się cały dzień, przynajmniej miało mnie co grzać. Sobota wyglądała obiecująco - słoneczko z rana (tylko z rana...), pojechaliśmy do sklepu (tym razem już nie popełniliśmy błędu i schowaliśmy alko), był nawet grillik (mistrz patelni Stasiek z Mad Lion), ale pod względem pogody był to najchujowszy dzień - jak zaczęło padać, tak już nie przestało. Ostatni dzień na FTC miał zaszczyt otwierać nasz rodzimy PERVERSE i zdecydowanie myślę (a podobnie zdanie miała cała nasza ekipa), że nie zasługiwał na to wyróżnienie. Z płyty jest całkiem do rzeczy, ale na żywca pokazali się zupełnie bez ikry i polotu, o jakimś zachowaniu scenicznym też nie można za wiele powiedzieć - wyglądali, jakby komuś zrobili łachę, że łaskawie raczyli przyjechać. Jest tyle polskich załóg, które starłyby PERVERSE na pył, chociażby PARRICIDE, a tak wyszła popelina, a był to jedyny nasz przedstawiciel. Szkoda... I jak tu nie pić? Sytuację poprawiła szwedzka ANATA. Nie to, żeby byli jakimś odkrywczym bandem, nic z tych rzeczy. Pokazali za to dobre death metalowe rzemiosło na wysokim poziomie, a przede wszystkim nie stali jak w dupie i wykorzystywali przestrzeń, którą im udostępniono. Szwedzi powinni być zadowoleni z tych swoich 40 minut. Podobnie, jak i DESASTER. Nigdy nie był jakimś wielkim ich zwolennikiem, ale z czystym sumieniem muszę napisać, że dali dobry show. Stanowili obok IMPALED NAZARENE i DISSECTION trójcę nie parającą się death metalem czy grindem, ale publika przyjęła ich nadzwyczaj dobrze, a ci odpłacili się grając równie nielicho. Bluźnierczy black/thrash atakujący wszelkie świętości w wersji scenicznej podobał mi się o piekło bardziej niż z plastikowego krążka. Niemcy nie oszczędzali się mimo strug lejącego deszczu ostro waląc łbami, przemierzając scenę wzdłuż i szerz, fajnie też wyszedł im cover SEPULTURY "Troops Of Doom".. Było diabelsko i czuć siarą, he, he. Po nich całkowita zmiana klimatu - duński HATESPHERE, który mogliśmy ostatnio zobaczyć na trasie u boku MORBID ANGEL. Wtedy ich przegapiłem, ale teraz nie omieszkałem nadrobić tą zaległość, bowiem, kiedy popłynęły pierwsze dźwięki, nogi same mnie poniosły pod scenę. Bardzo żywiołowo odegrany, pełen energii metalcore, mieszający w jednym tyglu thrash, death, h/c, melodię, ale przede wszystkim olbrzymią energię. Mocno wytatuowany wokalista w koszulce EXODUS umiał zapanować nad tłumem, co rusz zachęcając go do wspólnej zabawy. Reszta zespołu dzielnie mu wtórowała i czego, jak czego ale żywiołowości podczas setu HATESPHERE to nie brakowało. Ale nie ma że boli, bo już instaluje się kapela, którą od dawien dawna chciałem zobaczyć i w końcu mi się udało. Hiszpański AVULSED zagrał naprawdę rewelacyjnie. Kilka godzin wcześniej rozmawiałem z Davem Rottenem, który wydał mi się bardzo spokojnym i wyciszonym człowiekiem, jednakże wkrótce musiałem zrewidować swój pogląd. Na scenie wyszło z niego prawdziwe zwierzę - bezapelacyjnie numer jeden z pośród wszystkich frontmanów na FTC. Pierwszy raz widziałem, jak ktoś ostro napierdala banią w pochylonej pozycji i do tego ryczy do mikrofonu trzymanego pod nią (patrz foto). Kumpel nawet przez jakiś czas nie wiedział, kto śpiewa, he, he - słyszał wokal, a nie widział mikrofonu. Rotten latał po całej długości sceny i nie tylko, co chwila skakał w tłum i noszony na rękach bulgotał w najlepsze kolejne wersy. AVULSED zabrzmiało brutalnie, w odstawkę poszły melodie znane z krążków. Koncentrowali się na najnowszej "Gorespattered Suicide", ale nie zapomnieli o przeszłości i były nawet kawałki z "jedynki" - "Eminence In Putrescene. Jako smakowite dodatki poszły covery BRUJERII i obiecany mi w wywiadzie "Ace Of Spades" - MOTORHEAD. Brawo panie Rotten ,brawo! AVULSED zabiło, ale już montują się szwedzkie chłopaki z DISFEAR z nikim innym jak Tomasem Lindbergiem, jako krzykaczem. Ich wyczyny na scenie można porównać do HATESPHERE, bo i muza w pewnym sensie podobna, tylko nieco brutalniejsza, rzekłbym crustowo - rock'n'rollowa. Tak, tak, ostre gitary i sieki perkusyjne obficie podlane r'n'rollowym feelingiem i wściekłymi wokalizami Tompy świetnie sprawdziły się tego zimnego i pochmurnego wieczora. A Lindberg udowodnił (tak, jakby miał co do udowadniania), że wielkim "piosenkarzem" jest. Wreszcie po małym maratonie można było odpocząć i walnąć next beer. A dlaczego? Dlatego, że następnymi do golenia byli BLOOD RED THRONE. Nie słucham, nie lubię, nie potrzebuje, więc popisy ekipy Tchorta olałem ciepłym moczem. Porzęzili, postękali i poszli, a wielkim krokami zbliżył się występ IMPALED NAZARENE. Wiele wcześniej słyszałem, że nie potrafią grać na żywo i nareszcie mogłem skonfrontować te opinie osobiście, i sądzę, że były co najmniej mocno przesadzone. Co prawda Mika nie okazał się jakimś wulkanem energii (co 1,50 m w kapeluszu jest ciężkie do wykonania, he, he), ale mnie się jednak podobało. Zagrali dużo starszych kawałków ze sztandarowym "Karmageddon Warriors" na czele, były wałki z "Rapture", "Ugry Karmy", "Suomi Finland Perkele", z kultowego debiutu, właściwie same agresywne numery, które nieco rozgrzały ludzie zbitych pod scenę, a gwoli przypomnienia dodam, że piździło jak skurwysyn. Lutinen grzał się sam, co utwór pociągając z butli z "łyskaczem". Większych zastrzeżeń właściwie nie mam. Wreszcie nadeszła chwilą czekaliśmy od pierwszego dnia festiwalu: SUFFOCATION. Jak już nadmieniłem ominęły mnie ich niedawne koncerty w Europie, ale z opowieści wiedziałem, że niszczą przeokrutnie, czego nie byłem taki pewien mając na uwadze nienajlepszy najnowszy album. Już w trakcie pierwszego utworu moje wątpliwości się rozwiały. SUFFOCATION zamordowało! Dość długo się stroili i przygotowywali, ale warto było czekać, bo uzyskali zabójcze brzmienie. Ich słynne zwolnienia, które usiłuje kopiować milion zespolików dosłownie wgniatały w glebę i dobijały obcasem. Czarny jak heban Mike Smith uderzał w bębny niczym tornado, Terrance wycinał kultowe już dzisiaj riffy, a buldog Frank Mullen "szczekał" jak za najlepszych lat (czemu więc na "Souls To Deny" wokale nie mają odpowiedniej siły?). Zestaw utworów wręcz wymarzony, m.in. "Infecting The Crypts", "Effigy The Forgotten", "Catatonia", "Pierced From Within", mój ulubiony tytułowy kawałek z ostatniej płyty. W ogóle nowe kawałki na żywo nabrały nowego znacznie brutalniejszego wymiaru, zwłaszcza w kwestii wokaliz. Ponad godzin występ wprowadził mnie i resztę ludzi w jakąś swoistą ekstazę i nawet deszcz i chłód przestał mi doskwierać. Warto było marznąć i moknąć te cztery dni, żeby być świadkiem takiego wydarzenia, nie ma dwóch zdań. Kiedy po koncercie robiliśmy sobie fotki na scenie, na swojskie polskie "kurwa", natychmiast zareagował Terrance mówiąc: "Oh, Poland" - trasy z naszymi rodakami robią swoje, he, he. Frank w wywiadzie zapewnił mnie, że postarają się do nas w końcu przyjechać, ale wiadomo, jak to jest z naszymi organizatorami. Pożyjemy, zobaczymy... Ostatnim aktem tegorocznego FTC było DISSECTION, które to, nie będąc wielkim fanem chciałem zobaczyć z ciekawości. Przenikliwe zimno i deszcz zaczęły nas dobijać, a początek koncertu Jona i spółki przeciągał się w czasie nie do wytrzymania (w granicach 1,5 godziny!). Kurwa, kiedy w końcu wyszli trzepało nas jak w delirce i nie wytrzymaliśmy za długo. Po dwóch, trzech wałkach zwinęliśmy żagle do namiotu, ale to co zobaczyłem wystarczy mi do stwierdzenia, że DISSECTION dupy nie dało. Była w tym moc i agresja, jakiej brakowało wielu "brutalistom" występujących tego i w poprzednich dniach. Z opowiadań wytrwałych wiem, że zapodali idealny dla każdego maniaka DISSECTION zbiór utworów, a jedynym zgrzytem była awaria sprzętu, tak, że od pewnego momentu słychać ich było tylko z pieców scenicznych. Trochę żałuję, że nie wytrzymałem do końca, ale niestety pierdolona aura zwyciężyła. W nocy myśleliśmy, że odlecimy z tym naszym namiotem - wiatr nie dawał za wygraną, ale w końcu poległ. I tak kończy się ósmy majowy weekend z FTC. Co będzie w przyszłym roku? Tego jeszcze nie wiemy, ale jedno możecie być pewni, tak jak tego, że Roman Giertych ma łeb wielki jak sklep, tylko na półkach niepoukładane: na pewno tam będziemy i skrzętnie wam o tym napiszemy. Pa!
MARCIN

OBSCENE EXTREME FESTIVAL 2004
09 - 10. 07. 2004, Trutnov, Na Bojisti.
Chyba nikt nie miał wątpliwości, że odpuszczę mój ukochany festiwal, co? Nie widzę sprzeciwu i dobrze, bo to być nie może, że lipiec przychodzi, a mnie nie ma w Trutnov, nawet jeśli wiedziałem, że awizowany wcześniej EXHUMED ostatecznie nie zagra. Jak zawsze wyruszyliśmy nocką dnia poprzedzającego OEF w kierunku Kudowej Zdrój. Podróż upłynęła na nieodzownej alkoholizacji, ale większych ekscesów nie odnotowaliśmy, tym razem nie skakałem z pociągu, ani nic... Już w okolicach granicy jebnęło żabami, ale na nasze szczęście powtórki z FTC nie było i to był jedyny deszcze podczas tego weekendu. Kiedy udało nam się rozłożyć manele w sam raz zdążyliśmy na pierwszy zespół tegorocznej edycji, a był nim DEFORMED. Wojtek i spółka zagrali fajny gig, przepisowo przebrani za chirurgów, a numery, których obecnie możemy słuchać z płyty "Project Torture 005" znowu dobrze przyjęły się na żywo. Można powiedzieć, że mają swój styl i nawet automat pasuje tu idealnie. Początek festu całkiem, całkiem, a tu już MINCING FURY... że tak napiszę, bo nazwę mają jakby to powiedzieć mało chwytliwą, he, he. I ich widziałem nie po raz pierwszy, ale lubię ten ich ześwirowany grind/death z kwiczącym, jak rasowy warchlak Tobim. Po ich występie na dłuższy czas rzuciłem się w wir alkoholowo-towarzysko-stoiskowych spraw (wystarczyło się przejść po znajomych "sprzedawcach", z każdym przywitać i już się było najebanym, he, he). Wróciłem akurat na czas na prezentację sceniczną (ale se trudne słowa wybrałem) nowojorskiego WASTEFORM. Kapela wydana przez Dave'a Rottena z Xtreem pokazała się z dobrej strony i mogła się spodobać. Pochodzenie zobowiązuje i tak zostaliśmy poczęstowani nowojorskim deciorem w klimatach INTERNAL BLEEDING chociażby. Czyli blasty, sporo mocarnych zwolnień, pewna "skoczność" i głęboki growl wokalisty ważącego tak na oko ze 120kg, he, he. Gabaryty bynajmniej mu nie przeszkadzały i hasał po dechach jak kozica. Bardzo konkretny był to koncercik, a i pan Chudszy okazał się sympatycznym kolesiem. Wydarzenia następujące w dalszej części tego dnia nieco mi się zacierają, bowiem miks piwa, wódy i whisky nie wpłynął zbyt dobrze na moje morale. Jak się potem dowiedziałem z przeprowadzonej rekonstrukcji zdarzeń zaległem na ławeczce i nikt kurwa mnie nie obudził, tak że przegapiłem podobno świetny koncert BIRDFLESH (m.in. pałker przebrany był za Karate Kida, a i reszta nie ustępowała mu pod względem fantazji ubioru), jak również BRODEQUIN - a zwłaszcza ich chciałem zobaczyć ponownie i skonfrontować z tym, co widziałem na FTC. No ale, nie samym death'em człowiek żyje i pić musi, he, he. Poprzestawiano nieco kolejność tak, że zamiast wyszczególnionego w rozpisce EXTREME NOISE TERROR najpierw zagrał BLOOD. Nie żałuję jednak, bo Niemcy dali przedni koncert. Był to już ich drugi raz na Obscene i drugi bez zarzutu. Prosty, klasyczny do bólu grind, ale zagrany przez tych niemłodych już przecież facetów z impetem wzbudził entuzjastyczną reakcję tak moją, jak i reszty gawiedzi, która zna i szanuje niemieckich weteranów. Clausi ze swym potężnym "bębnem" (czyt. brzuchem, choć do gościa z WASTEFORM mu daleko) wyrykiwał kolejne wersy znane z ostatniej jak dotąd ich płyty "Dysangelium", ale i tych starszych znanych wszystkim załogantom siedzącym nie od dziś w podziemiu, a Ventilator nabijał rytm w charakterystycznym dla nich średnio szybkim tempie. Były tradycyjne makijaże, zianie ogniem, wiadomo przecież nie od dziś, że BLOOD hołduje antychrześcijańskiemu przesłaniu. Tak mnie zmęczył ten ich show, a raczej spożyte przed i po napoje, że reszty dnia stwierdziłem. Przegapiłem m.in. EXTREME NOISE TERROR, a szkoda, bo kiedyś widziałem ich w Niemczech i wiem, że potrafią przyjebać "live". Mniej tego żałuję, kiedy słucham zajawki ich nowej płyty (słyszał ją ktoś całą?) w postaci jednego utworu na składaku dodawanego przez Curby'ego do biletu - jakiś taki mało przekonywujący. W nocy zagrało jeszcze parę interesujących załóg, m.in. GRONIBARD - zapomnieli chyba ubrań, bo zaprezentowali się nago, gejom może by się podobało, chociaż muzycznie są całkiem w porządku. Wart wspomnienia jest jeszcze amerykański SCREAMING AFTERBIRTH, znany ze splitu ze wspomnianym MINCING FURY. Intensywny brutalny death/grind ze świńskim wokalem (gardłowym jest tu pałker FOETOPSY - zdolny chłopak trzeba przyznać, he, he), miejscami dość zakręcony. Wokalista wił się jak w ukropie, rzucał na deski, a kupił publikę coverem TERRORIZER. Tak podobno było, bo jak wspomniałem nie do końca wiem, czy tam byłem. Sobotni ranek - jeszcze dobrze nie otworzyłem oczu, a już siedziałem na ławce pociągając z chłopakami wódeczkę. Ciężkie jest życie "festiwalowca". Jakieś śniadanko, a tu już na scenie francuski WARSCARS. W składzie kolesie z GRONIBARD (tym razem o dziwo ubrani), więc wiadomo z czym będziemy mieli do czynienia. Grind dość brutalny, ale potraktowany zabawowo, idealny na takie koncertowe rozpoczęcie dnia. Tuż po Francuzikach, Czesi - starzy znajomi z DESPISE - których widziałem i opisywałem tyle razy, że nie będę się więcej produkował. Powiem tylko, że jak zwykle było dobrze. Bardzo mnie ucieszył następny zespół, a była to polska ANTIGAMA. Zdecydowanie wyróżnili się na tle innych grindowych grup (chociaż ANTIGAMA nie jest stricte grindowym wymiotem), jakie występowały na OEF i to nie tylko ubiorem. Jeśli słyszeliście "Intellect Made Us Blind" czy "Discomfort" to już wiecie, że z nimi nie ma przebacz, o prostej łupaninie możecie zapomnieć. Konglomerat grindu, death, h/c, punku, noise podlany zeschizowanym sosem i wykonany na wysokim poziomie odświeżył atmosferę. Koniecznie muszę ich jeszcze przydybać gdzieś na trasie w Polsce. Potem nastąpiła beer-pauza i powrót pod scenę, a tu znowu się uśmiecha znajoma micha - pan Joost we własnej osobie. Dwa miechy wcześniej spotkaliśmy się na FTC, a i na OEF przyjechał z CLITEATER'EM. Właściwie mógłbym powtórzyć słowa, które napisałem w relacji z niemieckiego festu: świetny gore grindzik, nasączony specyficznym humorem. Dobry kontakt z publiką, obycie sceniczne objawiające się w totalnym luzie, ale nie olewactwie, a na deser przeróbka S.O.D "Speak English Or Die" z trochę zmienionym tytułem (wstawcie "clit" zamiast "speak"). Trzeba było wyskoczyć na jakieś szamanko (znowu spotkałem Joosta - chyba jesteśmy na siebie skazani, he, he) i przegapiłem niestety EMBALMING THEATRE. No, ale niestety takie są prawa festiwalu. Grunt, że zdążyłem na PROSITUTE DISFIGUREMENT. Ci Holendrzy jak nikt inny łączą klasyczny death metal z mego świńskimi wokalizami, a czym jak czym, ale okrutnym gardziołkiem to Niels dysponuje. Mocno wytatuowany w koszulce z filmu "Cannibal Holocaust" strącała skalpy z głów swym rykiem, nie odpuszczali gitarzyści (jeden miał tak kurewsko długie włosy, że wkrótce po nich zacznie deptać, a jeszcze nimi machał!) i naprawdę wyśmienicie się słuchało kawałków z "Deeds Of Derangement" czy wcześniejszej " Embalmed Masses". Naprawdę mocny gig - brutalność z jednej, a pewna chwytliwość z drugiej stworzyły iście wybuchową mieszankę. Pora na mały odpoczynek, który umililiśmy sobie pakując do śmietnika totalnego głąba (Antonio), który się do nas przyssał. Pozostajemy jednakże w Holandii, przed nami ROMPEPROP, dla jednego z moich kumpli najlepszy zespół festiwalu, chociaż inaczej patrząc, co może wiedzieć człowiek, który prawdopodobnie widział tylko ich, a jednego z wieczorów klęczał ujarany w towarzystwie jakichś Czechów pod stacją benzynową? Nic to jednak, bowiem ROMPEPROP dał ognia niczym z armaty. Swą muzę określają jako groove gore grind i coś jest w tym stwierdzeniu. Świetny image (krew, kitel chirurgiczny, białe wdzianko z zajebistą maską) idealnie korespondował z muzyką. Brutalny gore grind, niziutko nastrojone wiosła, ale przy tym olbrzymia dawka owego groove, takiej dość specyficznej przebojowości, nieśmiertelne "remizowe" tempa, przesterowane wokale, bardzo dobry kontakt z publiką (pan chirurg zapowiadał kolejne utwory w dość interesujący, dosadny sposób) tworzyły obraz tego ze wszech miar udanego koncertu. Mały rekonesans między płytami i piweczkiem, i można wracać w okolice sceny, gdzie akurat się przygotowuje do występu SQUASH BOWELS, ściągniętego w ostatniej chwili zamiast EXHUMED za co należą się słowa uznania Curby'emu. Artur, Radek i Andy z niejednego pieca chleb jedli, niejedną wódkę wypili, toteż tandety nie robią. Masywny grindcore, numery ze świeżej jeszcze wówczas "No Mercy", z poprzedniczki "The Mass Rotting - The Mass Sickening", było i coś z "Tnyribala". SQUASHE są szanowaną ekipą i widać, że są u naszych południowych sąsiadów darzeni zasłużoną estymą, czemu dali upust maniacy pod sceną. Nie pierwszy i nie ostatni to raz, jak widzę ich na żywo, również na OEF i muszę powiedzieć, że np. w porównaniu do koncertu z 2000r. to nie ma... żadnego porównania, he, he, Wreszcie Arturo znalazł właściwych ludzi na właściwe miejsca. Nie wiedzieć tylko czemu stojąc z boku na scenie wrzeszczałem: "szybciej" (chyba chciałem ich zachęcić do większej ilości tych szybszych utworków z "Tnyribal" i wcześniej) - nawet Artur pytał, o co mi chodziło, he, he. Ale nie ma chwili wytchnienia, bo o to GENERAL SURGERY. Zrobili dokładnie takie samo spustoszenie, jak na FTC, a przy tym okazali się nieźle pierdolniętymi osobnikami w pozytywnym tego słowa znaczeniu - wiem, bo pyknąłem z nimi wywiadzik. Agresja, pasja, zaangażowanie, świetne brzmienie, wszystko chodziło tip-top, a przy tym waliło w ryj, jak nie przymierzając Brewster Gołotę. Nie mam żadnych pytań! Ale to co za chwilę nastąpiło rozjebało mnie jeszcze bardziej, ale w innym znaczeniu, bo też inna muza to była. LE SCRAWL (znany wcześniej jako SCRAWL) porwało dosłownie całą publikę (u nas pewnie by ich wyniesiono na butach) grając coś, co właściwie nie sposób określić. Jazz wymieszany z grindem (blasty, czas trwania poszczególnych utworów od kilkudziesięciu sekund do góra 1-2 minut), oprócz tego zajebiste klawiszowe pasaże, saksofon i growling to tylko niewielka część tego, co mogliśmy podziwiać. Jeśli jeszcze dodam, że wszyscy występowali w garniturach i pod krawatami, a mocą można by obdzielić tuzin tzw. brutalnych kapel, grających na tym festiwalu, to czy mi uwierzycie? Tak zamotana, a jednocześnie wpadająca w ucho muzyka spowodowała istne szaleństwo wśród ludzi. Miazga proszę państwa! Tymczasem jest już kolejna formacja - niemieckie DESPONDENCY. Styl, jakim się parają idealnie trafia w moje gusta, więc nie mogłem odmówić sobie zobaczenia ich na żywca. Brutalny amerykański death metal, wicie, rozumicie... Blasty, miażdżące zwolnienia, niziutki vox - Niemiaszki naprawdę znają swój fach, a z takim materiałem jak "God On Acid" z powodzeniem mogą stawać w szranki z wieloma bandami made in USA. Plus za ruch na scenie, mimo że było już po 1 w nocy. Wiem, że potem znowu nam się coś poprzestawiało w pojemnikach i wykonywaliśmy jakieś dziwne akcje w okolicach nieczynnej budki z wegetariańskim żarciem, ale o tym sza... Jako ostatni zespół, właściwie przedostatni, ale SKODY 120 (to nazwa kapeli, jakby ktoś nie wiedział) już nie zlokalizowałem, obejrzałem sobie po raz wtóry "Chlew" - czyli czeskie PIGSTY, a ci znowu wprawili mnie w dobry nastrój swą dziką muzą. W dalszej części nocy chyba nastąpiła kontynuacja konsumpcji, ale kto to może dokładnie wiedzieć. Powroty nie należą do najlepszych części wyjazdów, ale w sumie nie było najgorzej. Zaopatrzyliśmy się już po przekroczeniu granicy w polski (nareszcie!) złoty płyn, kumpel sklepał w pociągu jakiegoś menela, który najpierw chciał się zaprzyjaźnić, a potem nieładnie się odezwał do jego dziewczyny i tak oto znienacka zakończyliśmy OBSCENE EXTREME FESIVAL 2004. MARCIN

FUCK THE COMMERCE VII
19.05. - 22.05 2004, Luckau, Niemcy.

Maj już w pełni, znaczy przyszła pora na wycieczkę, bynajmniej nie krajoznawczą do zachodnich sąsiadów. Jak i w latach poprzednich, tak i tym razem nie mogliśmy odpuścić kolejnej edycji FTC. Wszystko zapowiadało się pięknie, cacy i w ogóle, ale jak to bywa nie do końca tak się stało. Po pierwsze przeniesiono lokalizację z zajebistej miejscówki, jaką było Neiden (podobno władze miasta się burzyły, a i o jakąś kasiorę poszło - coś jak u nas na każdym kroku) na teren jakiegoś zapomnianego przez czas lotniska. Secundo, organizatorzy nie zamówili pogody, która delikatnie mówiąc była chujowa, jak dworcowy barszcz. Wreszcie po trzecie nie dotarł ABSCESS, który szczerze mówiąc bardzo chciałem ujrzeć, ale już Maćka to ledwo odratowaliśmy z szoku, w jakim się znalazł - normalnie się załamał chłopina. Ale wróćmy do początku, w niemieckie gościnne progi wybraliśmy się już dzień wcześniej, z racji tej, że na tzw. before party miał zagrać sam DESTRUCTION. Jak postanowiliśmy tak zrobiliśmy, a nawet se busa wynajęliśmy, a co... Czekaliśmy kulturalnie w Tychach sącząc browarki na połączone siły oświęcimsko-krakowsko-warszawskie i w tak zacnym składzie udaliśmy się na fest. Jeszcze dobrze nie wsiadłem do busa, a już wręczono mi rum, taa, wiedziałem że podróż nie będzie należała do lekkich. Granice jakoś przejechaliśmy, ale kto by to pamiętał. Tak czy inaczej odnaleźliśmy nieszczęsne lotnisko, rozbiliśmy parodię namiotu (kurwa, nie ma to jak promocja w markecie) i już można było się rzucić w festiwalowy wir. Koncerty poprzedzające właściwe rozpoczęcie FTC odbywały się w wielkim namiocie, który jak się potem okazało, jeszcze nie raz mieliśmy odwiedzić. Grały jakieś tam zespoliki, ale w ten dzień liczyło się tylko DESTRUCTION. Legenda niemieckiego thrashu zagrała całkiem niezły koncert, racząc zebraną publikę swymi klasycznymi numerami, jak i tymi z nowszych wydawnictw, których nie jestem jakimś wielkim entuzjastą. Jakiś Niemiec dostał w pojemnik, gdyż usiłował się przystawiać do niewiasty przebywającej w naszym towarzystwie, pogadaliśmy troszkę ze Schmierem (DESTRUCTION, jakby się kto pytał i nie wiedział), ale przede wszystkim skumaliśmy się z kolesiami z INCANTATION (nastąpiło to już nawet przed bramą wjazdową), którzy nie opuszczali nas przez cały festiwal. Ochrzcili nas (a fe, jakie to brzydkie słowo) mianem: Polish Death Metal Mafia i "sadzili" z nami alko, jakbyśmy się znali od lat. W tak sympatycznej atmosferze zeszła noc, więcej grzechów nie pamiętam. Dzionek powitał nas nienajgorszą, jak się potem okazało pogodą, słońce ostro napierało spalając nam ryje. Pierwszym bandem, jaki widziałem było czeskie DEFLORACE z naszym dobrym kumplem Petrem w roli wokalisty. "We are serial killers from Czech Republic" - przestawił ładnie zespół Petr i ruszyli. Promowali swą nową płytę i to na niej oparli w większości swój set, dorzucając coś ze starych czasów. Trzeba powiedzieć, że nowe kawałki są znacznie brutalniejsze i na żywo wypadły całkiem okazale. W rozpisce dnia na najbliższe godziny nie znajdowało się nic wstrząsającego, toteż uskutecznialiśmy permanentną alkoholizację i buszowanie po stoiskach. Zerkając od czasu do czasu na scenę zdążyłem zauważyć okrutnie przynudzający holenderski ALTAR. Potem już do końca dnia było co oglądać. Najpierw mordercza trupa rodem z Hiszpanii - WORMED. Zagrali konkretny koncert, chłoszcząc ludzi brutalnym death metalem w amerykańskich klimatach, stojącym na równie wysokim poziomie technicznym. Wokal swymi długaśnymi włosiskami zamiatał ostro podłogę nie szczędząc jednocześnie gardła. Hiszpańska ekipa idealnie wpasowała się w atmosferę festiwalową, przebywając przez trzy dni w stanie bezustannego upojenia alkoholowego. Bodajże ostatniego dnia byli tak najebani, że rozmawiali ze sobą po angielsku, szukając jednocześnie basisty, który gdzieś się zapodział z zapasem trunków, he, he. Następni w kolejce Szwedzi rozpierdolili mnie dokumentnie, stanowiąc idealną odskocznię od death'owego napierdolu dominującego na FTC. SKITSYSTEM - bo o nich mowa - swą energią i żywiołowością zarazili wszystkich pod sceną, a ich brutalny, ale jednocześnie odpowiednio zabawowy crust wprowadził wszystkich w zajebisty nastrój, przed resztą czekających nas jeszcze kapel. Jednak co byśmy się za bardzo nie rozanielili, powrót do wymiotu spod znaku american brutal death metal. GORATORY, z którymi miałem okazję zrobić potem wywiad, zajebali tak jak powinno być, czyli brutalnie, ciężko i masywnie. Blasty przeplatane z potężnym zwolnieniami, świński wokal Adama - to jest to co tygryski, zwłaszcza te lekko skrzywione lubią najbardziej. Lubię rzeźnie generowaną przez nich na płytach, nie zawiedli mnie i na żywca. Nie mogę tego natomiast powiedzieć o następnych do golenia, czyli BRODEQUIN. Jamie i spółka wyrywają mi trzewia na wszystkich swoich materiałach, ale jakoś na żywo nie potrafili tego sprzedać. Nie wiem może to wina nagłośnienia, ale wszystko zlewało się w jeden wielki hałas, wokal Jamie'ego przypominał odkurzacz, a i mało ruchliwe amerykańskie trio było. Nie była to zupełna porażka, ale do pełni szczęścia sporo brakowało. A skoro brakowało, to po koncercie BRODEQUIN ruszyliśmy w dalszą eskapadę spod znaku "flaszki i piwka", w czym nieodmiennie wspierali nas John, Kyle i Joe (diabły z INCANTATION). Niszczący śmiech McEntee'ego (musielibyście tego posłuchać) rozbrzmiewał mi w uszach jeszcze długo po zakończeniu festiwalu. Impreza była taka, że biedaczek Joe obudził się nazajutrz w jednym z naszych namiotów, a może to było dzień później? Nieważne, grunt że doszedł do siebie, he, he. Piątek... Kurwa leje i to tak, że organizatorzy postanawiają przenieść na jakiś czas koncerty pod namiot, o którym wcześniej wspominałem. Zanim jednak tam się znaleźliśmy, postanowiliśmy uzupełnić braki i pojechaliśmy do sklepu. Wracając zostaliśmy "shaltowani" na bramie, bo nie chciało nam się go schować. Cóż było robić, część pojechała, ale ja i kolega Anal (Hello!) nie zwykliśmy odpuszczać ponad dwudziestu butelek piwka. Machnęliśmy po 10-11 na łeb, z czasem pod bramką zrobiła się niezła impreza, bo takich jak my było coraz więcej. Coś koło południa nieźle zachwiani ruszyliśmy dupska do środka, a potem w stronę namiotu "koncertowego", akurat by zdążyć na VISCERAL BLEEDING. Szwedzi wystąpili z nowym wokalem w składzie, a ich dość trudna technicznie muza nie do końca sprawdziła się live. Oczywiście nie dali dupy z jej odegraniem, ale jakoś brakowało w tym pasji. Czułem się, jakbym oglądał teledysk, a nie uczestniczył w występie realnego zespołu. Nic to jednak, bo to co nastąpiło później zrekompensowało mi niedosyt w zupełności. GENERAL SURGERY!!! Przypierdolili taki set, że pękły mi usta od banana jaki na nich wykwitł. Ustawiono rewelacyjne brzmienie, dlatego powracająca do żywych grindowa legenda (wzbogacona o Johana ze SCURVY) zdmuchnęła wszytskcih w pył. Furia, moc i siła, jaka płynęła z klasycznych numerów z "Necrology", czy tych nowszych znanych choćby ze splitu z TCME mogłaby zasilić niejedną elektrownię. Panowie doktorzy (obowiązkowe kitle i sztuczna krew) zagrali jeden z najlepszych koncertów tego festiwalu (w jednym numerze wspomógł ich nasz dobry znajomy Vlakin z INGROWING) i chylę przed nimi czoła, że postanowili znowu pograć trochę "carcassowego" grindu. Tuż po nich ustawił się DISGORGE. Byłem bardzo ciekaw, co też pokażą po niewątpliwej stracie, jaką było odejście Antimo i niestety zawiodłem się. Muzycznie było bez zarzutu, brutalnie wg najlepszych meksykańskich przepisów, natomiast wokalnie to już zupełnie inna bajka. Tą sferę przejął Edgar i jak dla mnie chłop nie daje rady, jeszcze w niższych partiach było ok., ale jak próbował wejść na wyższe rejestry, to mi ręce opadały i przyznam się, że nie doczekałem do końca ich występu. Pamiętając miazgę, jaką zrobili w Krakowie chciało się wykrzyczeć: Antimo wróć! Z milszych rzeczy należy odnotować kawałek dedykowany dla nas - czyli polskich fanów - a trzeba powiedzieć, że nie był to odosobniony przypadek na tym FTC. Po uzupełnieniu brakujących procentów okazało się, że się na tyle rozjaśniło, znaczy przestało padać - bo już wieczór nas zastał - że można z powrotem się przenieść na zewnątrz. I o ile się nie mylę, to wówczas zagrał zespół, który był zapowiadany od dwóch edycji, a któremu dopiero teraz udało się dotrzeć, będąc w ogóle nie zapowiadanym. Mowa o angielskiej legendzie - BENEDICTION. Będąc szczerym lubię jedynie ich pierwsze płyty, następne nie wzbudzają już u mnie wielkiego entuzjazmu, dlatego też ich koncert przyjąłem z takimi samymi uczuciami. Jak na takich dziadków był bardzo żywiołowy i energetyczny, ale niestety nie było zbyt wielu kawałków z przeszłości (na szczęście zagrali tytułowy z "Subconscious Terror"), a za to sporo z cienkiej jak dla mnie "Grin Bastard". Poza tym Dave Hunt - obecny gardłowy BENEDICTION - szprechał po niemiecku, a sposobem artykulacji i zachowaniem scenicznym bardziej kojarzył mi się z hardcore'owym śpiewakiem. No cóż, mam mieszane uczucia co do ich gigu, ale wiem że wielu było zachwyconych. Wreszcie doczekaliśmy się zespołu, na który spora część z nas wybrała się w ogóle na ten spęd "młodzieży". Mogę to już powiedzieć - nasi kumple z INCANTATION! Odegrali bardzo dobry koncert, a jedyny właściwie zarzut można mieć do brzmienia, z którym nieświęta trójca starała się walczyć przez cały czas trwania swego setu. Niestety akustycy nie wywiązali się w pełni ze swego zadania i INCANTATION nie osiągnęło tak potężnego soundu, jaki by mogło. Nadrabiali za to zajebistymi numerami z każdego właściwie okresu ich działalności, przesiąkniętymi mrokiem i diaboliczną atmosferą. John przejął wokale (odtąd grają we trójkę) i radził sobie z tym co najmniej dobrze, nie szczędząc przy tym baniaka, podobnie zresztą jak Joe. Kulminacyjnym punktem ich występu było odegranie "boskiego" (choć to chyba mało odpowiednie określenie, he, he) "Profanation" - specjalna dedykacja dla "Polish Death Metal Mafia". Chyba nie muszę mówić, że wszyscy popuściliśmy wtedy w gatki. Miazga, a gdyby jeszcze to brzmienie... Nie ma co płakać, bo następny band jest już gotowy. Znów polski akcent w osobie Jasona Blachowicza (też nie odmawiał wspólnego spożycia), czyli wszystko jasne: DIVINE EMPIRE. Z góry mówię, że nie jestem jakimś wielkim maniakiem tej kapeli, ale i nie jest mi zupełnie obojętna. Muszę przyznać, że czego, jak czego, ale ekspresji to im nie brakowało. Młócili te swoje wałki trzepiąc przy tym niemiłosiernie łbami, ale niestety po jakimś czasie zaczęli mnie deczko nużyć. Udałem się więc na z góry upatrzoną pozycję, gdzie w towarzystwie oczywiście INCANTATION opróżnialiśmy kolejną butelkę, zakonotowałem jeszcze kolejną dedykację dla Polaków - nie ma co wódzia zbliża ludzie, he, he. Flaszka się skończyła i ochoczo ruszyliśmy pod scenę. Nie mieliśmy wówczas pojęcia, że będziemy mieli okazję po raz ostatni zobaczyć na własne oczy NASUM. Wszyscy już pewnie doskonale wiecie, że podczas ostatniej fali tsunami w Azji Mieszko Talarczyk - od lat podpora szwedzkich grindowców - stracił życie. Jak mówię, nikt wtedy nie mógł tego przewidzieć, więc z przyjemnością śledziliśmy popisy jego morderczej trupy. A ta przyjebała z grubej rury, wypluwając jeden po drugim swe ostre niczym brzytwa numery promując album "Helvete", ale nie zapominając naturalnie o tych którzy przyszli posłuchać czegoś z "Inhale/Exhale" i "Human 2.0". Ubrani na czarno sieli tytułowe piekło ("Helvete") na scenie, rzucając się po niej jakby ich polano święconą wodą, Mieszko pluł w górę, co jedne z gitarników przyjmował na czerep, dając znać, że do najnormalniejszych w powiecie nie należy. Smutno się robi, kiedy sobie przypominam ten koncert, bo wiem, że już nigdy nie będzie mi dane doświadczyć powtórki z rozrywki. Rest in Peace Mieszko! A tymczasem drugi (a w sumie nawet trzeci) dzień festiwalu dobiegł końca. Mam na myśli część koncertową, bo oczywistym jest chyba, że płyny wchłaniane były nadal. Uff... Sobota zapowiadała się imponująco pod względem składu, ale i słoneczko wyszło. Były to miłe złego początki. Z piwkiem w ręku poszliśmy sobie oblukać MEATKNIFE - niemiecki zespolik niezbyt wybitny, ale taki w sam raz no dobudzenie. Gore grind na dwa wokale, trochę toporny, ale w sumie przyzwoity wchłonęliśmy bez większych problemów, podobnie jak i browarek. Bodajże, jako następni zaprezentowali się Czesi z NEGLIGENT COLLATERAL COLAPSE, którzy mieli zagrać dzień wcześnie, ale mieli jakieś kłopoty z dotarciem. Lubię ich muzę z płyt, ale na żywo mnie jakoś nie porwali. Zagrali dość przewidywalnie i bez większej ikry. Za to wkrótce potem michy nam się rozjaśniły bowiem sceną zawładnęła znakomita horda z Holandii, którą już kilka razy mieliśmy możność podziwiać - PYAEMIA. Rewelacyjny death metal, brutalny, ciężki i techniczny, w klimatach SUFFOCATION i im podobnych zadowolił chyba każdego zgromadzonego pod sceną. "Piosenki" z "Cerebral Cereal" (kurwa zapowiadają nową płytę od nie wiem już kiedy, a jej, jak nie było, tak nie ma) są miodem dla moich uszu, więc kolejny raz z sadystyczną przyjemnością ich wysłuchałem. Jak to tradycyjnie u Holendrów bywa - gościnnie zaryczeli Matti Way (LITURGY) ora Niels z PROSITUTE DISFIGUREMENT. Holenderskiej sagi ciąg dalszy, gdyż w kolejce już się ustawił nie kto inny, jak nasz dobry znajomek - Joost (INHUME). Tym razem ze swym drugim zespołem - CLITEATER. Z jedną płytą na koncie nie mieli specjalnego wyboru w repertuarze (chociaż były i kawałki z nowego albumu, który ukazał się niedawno), ale wycięli naprawdę kawał wybornego grindziora. Gore grind w klasycznym wydaniu, zagrany z wykopem, ale i z jajem, nisko nastrojone instrumenty, charakterystyczne bulgoty i wrzaski Joosta skaczącego po całej scenie zakłóciły skutecznie spokój tego popołudnia. Ukłonem w stronę Niemców był cover kultowego GUT, który właściwie może w pewnej mierze służyć za wzorzec dla CLITEATER. SPAWN OF POSSESSION był następnym death metalowym wyziewem przygotowanym przez organizatorów. W przeciwieństwie do skoligaconych z nimi osobowo VISCERAL BLEEDING pokazali się z dobrej strony. Techniczne, ale i brutalne utwory z płytki "Cabinet" uderzały ze sporą siła w przestrzeń, a Szwedzi otrzymali w zamian za to dobre przyjęcie. Takie granie nie zawsze sprawdza się na żywo, ale tym razem było inaczej i SOP może swój pobyt na FTC zaliczyć do udanych. Ruszyliśmy w teren, gdzie miało miejsce zabawne zdarzenie. Cały skład OBITUARY pojawił się by rozdać autografy, porobić fotki, pogadać z fanami (oczywiście, ktoś wcześniej wysnuła spiskową teorię dziejów, że nie przyjadą) i spotkała ich dość niecodzienna niespodzianka. Trójka Niemców przy pomocy miniaturowej perkusyjki, gitarki i małego pieca odegrało im "Slowly We Rot" (patrz foto) - nawet wokalnie było podobnie. Wszyscy nagrodzili ich za to gromkimi brawami, a sam zespół był totalnie zaskoczony i chyba wzruszony. Upłynęło trochę piwa i czasu i już z pewnej odległości i przez pewien czas śledziliśmy sceniczne poczynania portugalskiego HOLOCAUSTO CANIBAL. Zaczęli od przydługiego intro, wystrojeni w białe kitle i maski operacyjne (które po którymś numerze zrzucili) i ruszyli ze swym całkiem interesującym graniem. Brutalny death metal z zalążkami grindowymi podano może nie wstrząsający sposób, ale i czego wstydzić mieszkańcy Półwyspu Iberyjskiego się nie mają. Ja już jednak czekałem na LITURGY, w którym produkuje się cały skład BRODEQUIN i pan Matti Way (kiedyś gardło DISGORGE - tego amerykanckiego rzecz chyba jasna). Bardzo "mnie się libi" ich płyta "Dawn To Ash", gdyż uwielbiam taki styl grania. Brutal as fuck, ciężki jak cholera, pełen groove, gruchotających kości zwolnień i napiżdżających blastów. Matti ma taką koparę, że normalnie muchy spadały w promieniu kilometra, prawdziwe z niego prosię, he, he. Napakowany, w czapeczce z daszkiem do tyłu ryczał, jak zarzynany, a wtórował mu w tym swym "odkurzaczem" Jamie. Muza miał odpowiednią oprawę brzmieniową i byłem ukontentowany niczym moherowe berety na zjeździe u Rydzyka. Ale to jeszcze nie koniec bracia i siostry, że tak pojadę Pietrkiem. Next please: PROPHECY! Kurwa, takiego młyna (przy wydatnym współudziale naszych rodaków) to ja dawno nie widziałem. Teksańczycy z każdym kawałkiem wbijali niczym młotem w łeb publikę w glebę, no bo czy jest wśród maniaków amerykańskiego death metalu, ktoś kto nie zna "Foretold...Foreseen" czy "Our Domain"? Wokalista z twarzą dziecka oprócz wydawania z siebie dźwięków chcących uchodzić za śpiew, cały czas namawiał zgromadzonych do zakosztowania procesu zwanego "fistfucking". James Parks II szalał ze swą gitarą, aż dziw, że mu czapa (zimowa dla odmiany) nie spadła. Jako, że ich występ był częścią trasy, jaką odbyli w komitywie z GODLESS TRUTH i DESPONDENCY nie zabrakło odwiedzin na scenie krzykacza DESPONDENCY i wspólnego położenia pokotem kilku rzędów publiczności dwoma voice'ami. Już w trakcie ich występu zaczęło popadywać, ale gdy tylko zeszli ze sceny pierdolnął tak okrutny deszcz, że znów trzeba było przenieść się pod namiot. Zabrało to mnóstwo czasu, który umilaliśmy sobie wiadomo czym z wiadomo kim (dobrze już "zrobieni" INCANTATION czy Joost - z którym toczyliśmy ciekawe rozmowy o roli kleru w naszych krajach dochodząc do wniosku, że ci Holendrzy to mają zajebiście). Wreszcie udało się technicznym rozstawić graty i spektakl mógł zacząć się na nowo. Jak pierwszy i zarazem przedostatni aktor zaprezentował się Paul Speckman aka Pavel Spekmanek ze swym kultowym (dla niektórych) MASTER. Początkowo nawet fajnie się słuchało tego nieskomplikowanego, prostego niczym budowa cepa, klasycznego death metalu, ale kiedy trwało to ponad godzinę, a wydawało się że MASTER gra od wczoraj, to już ogarniała nas coraz większa nuda. Grali, grali i grali, jakby im płacili na akord. Jednakże w końcu odetchnęliśmy z ulgą, Paul zabrał swoje zabawki i mogliśmy się ustawić w strategicznym miejscu po sceną czekając na numero uno tego festu: OBITUARY! Był to ich pierwszy koncert w Europie po reaktywacji, pierwszy od ładnych paru lat i widać było, że mają małą tremę. Po bokach ustawiono (jak się potem okazało, bo na początku były ukryte) flagi z okładkami kolejnych płyt, które się z czasem zmieniały, ale czekaliśmy na danie główne czyli sam zespół. Wreszcie są, zaczynają grać a wkrótce dołącza do nich John wyskakując zza sceny. Już po jego pierwszym ryku przeszły mnie ciary, jak nastolatka po pierwszym łyku piwa. Mr. Tardy nie zapomniał, że jest "posiadaczem" jednego z najbardziej charakterystycznym gardeł w historii death metalu, ba metalu w ogóle. Rozpuszczone długie włosy (a pierdolili, że się obciął), mikrofon na statywie dzierżonym w łapach - poczułem się, jakby mnie przeniesiono w czasie 10-12 lat wstecz. Przekrój przez działalność z naciskiem na pierwsze albumy (i o to kurwa chodziło!), zagrali prawie cały "Cause Of Death". Kiedy usłyszałem "Dying", a jakiś czas potem (na bis) "Slowly We Rot" omal się nie posrałem ze szczęścia i musiałem mocno ściskać zwieracze. Było naturalnie "Infected", "The End Complete", "Turned Inside Out" i wiele innych, jak dla mnie zabrakło chyba tylko "Don't Care". Brzmiało wszystko całkiem dobrze, ale w trakcie koncertu były pewne problemy z dźwiękiem - które zostały skwitowane zjebaniem akustyka przez Peresa. Na szczęście jakoś się z nimi uporano i mogliśmy dalej raczyć się rozpierdalającym koncertem. John w wyśmienitej formie, Peres trzepiącym baniakiem, jak za dawnych lat, Frank nieco przy tuszy, ale szczerzący cały czas kły, Allen obcięty na łyso - widać, że "życie" go zniszczyło, he, he, wreszcie Donald za swym zestawem - na długie lata zapamiętam to, czego byłem świadkiem tego dnia. Powrotu legendy, która nie miała zamiaru odcinać kuponów, a tylko, lub aż zagrała miażdżący koncert. West zapewnił wszystkich, że wkrótce wrócą do Europy i kazał wypatrywać nowej płyty. Ta ukaże się już za niedługo pod "tajemniczym" tytułem "Obituary". Już nie mogę się doczekać. Grubo po drugiej w nocy dotelepaliśmy się do busa, by zaraz ruszyć w drogę powrotną. Kierowca tak dał po garach, że nie wiedzieć kiedy znaleźliśmy się w domach.
MARCIN

WACO JESUS, ISACAARUM, SANATORIUM, VIRTUAL VOID, DEFLORACE
26.03.2004, klub Tancirna, Ostrava, Czechy
Gdy dowiedziałem się, że WACO JESUS podpisało papiery z niemiecką Morbid Records, to wiedziałem, że tylko kwestią czasu będzie ich przyjazd na europejską trasę. No i się nie pomyliłem. W marcu ubiegłego roku wybraliśmy się autem do Ostrawy, bo blisko tam i tanio. Po drodze zahaczyliśmy o chatę Petra z DEFLORACE, który był organizatorem całego koncertu. Podczas gdy czekaliśmy rozłożeni w fotelach w jego domu, aż się spakuje, Petr zapuścił nam jeszcze nie zmasteringowany nowy materiał DEFLORACE. Bardzo mnie zaskoczyła ta płyta - znacznie brutalniejsze i cięższe granie niż dotychczas. No i produkcja o wiele lepsza. Zresztą, zainteresowanych odsyłam do recenzji w poprzednim numerze. Gdy wszyscy byliśmy już gotowi ruszyliśmy do klubu. A znajdował się on w budynku na drugim lub trzecim piętrze. Wewnątrz spotkałem wiele znajomych mord z Polski i Czech. Natomiast ludzi nie było za wielu, a klub ten na niektórych koncertach na jakich tu byłem pękał w szwach. Jako pierwsi na scenie zamontowali się właśnie DEFLORACE. I od początku swojego setu masakrowali zgromadzonych w klubie. W ich menu nie zabrakło tego co zawsze, ale poleciało też parę wałków z nie wydanej jeszcze wtedy 'Massacre'. Zauważyłem, że ich skład się trochę zmienił. Gra tam teraz paru ludzi z SANATORIUM, w którym to również udzielają się goście z DEFLORACE. Taka wzajemna pomoc. Drugim zespołem, który pojawił się na scenie był VIRTUAL VOID, którego nazwę musiałem sobie przypomnieć szukając w sieci informacji o tym koncercie. Zresztą nie ma się co dziwić, że ta nazwa tak szybko uleciała mi z głowy - grali oni bardzo sztampowy i nudnawy death metal. A ich występ niestety ciągnął się bez końca. Także korzystając z wolnego czasu wziąłem na spytki kolesi z WJ, którzy okazali się dosyć rozmowni - zresztą w numerze można zapoznać się z tym co ciekawego mieli do powiedzenia. Po ukończonym wywiadzie i koncercie nudziarzy, przyszedł czas na wszędobylskie SANATORIUM. Jakoś do tej pory nie potrafiłem się przekonać do ich brutalnego death metalu i tym razem nie udało im się mnie kupić. Mimo, że ich muzyka cały czas staje się brutalniejsza, a Martin ma coraz lepszy wokal (czyżby to od tych jajek, he, he), ale jak dla mnie to ciągle za mało. Pod sceną bawiło się trochę ludzisk, także przyjęcie mieli takie całkiem, całkiem. Nadszedł czas na występ zboczeńców i degeneratów numer jeden w Czechach. Oczywiście, że chodzi o ISACAARUM, bo komu jak nie im należy się taki tytuł? Od początku zaczarowali publikę swoim sado grindem - widać, że spora część ludzi przyszła właśnie na nich. Podczas ich występu pod sceną była największa zabawa. Na scenie zresztą też. Chymus, wokalista, znany jest z tego, że na każdym koncercie ma przygotowany cały asortyment przebrań i gadżetów, a do tego ma masę pomysłów co z nimi robić. I tym razem nie zawiódł. Raz biczował pejczem basistę, raz się podsuszał kablem z mikrofonu, pluł krwią. Ale jednym to mnie zadziwił. Nagle uklęknął przed basistą, zsunął mu trochę spodni, a po niedługim czasie odwrócił się i pluł spermą… albo czymś co tak wyglądało. Nie wiem co o tym myśleć, bo zrobił to tak, że ciężko jednoznacznie stwierdzić co on tam tak naprawdę majstrował w majtach basisty. ISACAARUM zaskakuje za każdym razem. A co zagrali, zapytacie. Set składał się z utworów z trzech płyt, z przewagą tych najnowszych, ale nie zabrakło 'Art of farts' i 'Clystler squad'. Tym razem panowie nie zawiedli, bo ostatnio na Obscene, jakoś nieszczególnie podobał mi się ich występ. Wydaje mi się, że znacznie lepiej wypadają w klubach, niż na festiwalach. Po takim pogromie, jaki dla nas przygotowali, ciężkie zadanie czekało na WACO JESUS. Bo i ludzie zmęczeni, a niektórzy nawet wyszli. Mnie osobiście podobało się to co zaprezentowali amerykanie na scenie - typowy death metal made in US - niezłe brzmienie, niski wokal i szalony perkusista. Może ich koncert to nie żadne szoł z mnóstwem gadżetów, ale i tak przyciąga uwagę. Czterech kolesi miotających się po scenie, rzygających jeden kawałek za drugim (przekrojowo przez dwa albumy). Raz się zdziwiłem, gdy nagle usłyszałem jakiś niski growl, a na scenie nikt nie ryczał do mikrofonu. Po chwili się zorientowałem, że stojący za konsoletą gość (który tak w ogóle był wokalistą niemieckiego PROFANITY) od czasu dorzucał swoje trzy grosze, 'nucąc' coś do mikrofonu. Podsumowując, cały koncert uważam za udany, generalnie zespoły nie zawiodły (z małym wyjątkiem). Po koncercie goście z WACO latali za laskami z kamerą i je filmowali. Szczególnie zależało im by nakłonić dwie, niczego sobie zresztą, metalówki by się lizały przed kamerą. No i zrobiły to, za co w nagrodę dostały po płycie… cóż, nic dodać, nic ująć… Widać, że syndrom 'metalówki - rozkładówki' jest nie tylko u nas popularny… Z tego co rozmawiałem z Shane'm (wokalem WJ) w niedalekiej przyszłości szykują wydanie DVD gdzie m.in. znajdą się te jakże ciekawe materiały. I to wszystko. Dobranoc.
Maciek

CEREBRAL TURBULENCY, SQUASH BOWELS, PARRICIDE, SCABIES, INFATUATION OF DEATH
Klub Strefa, Sosnowiec 17.04.2004
Kto by się spodziewał, że w Sosnowcu ktoś zorganizuje koncert metalowy, he he… Nieprawdopodobne, ale jednak :). Pierwszy raz na miejsce koncertu piechotą miałem jakieś dziesięć minut. A gdy dotarłem na miejsce, to pod klubem było już sporo ludzi - trochę mnie to zdziwiło, bo prawie do samego końca nie było wiadomo, czy koncert się w ogóle odbędzie, a promocja leżała totalnie. Całość otwierało sosnowieckie death metalowe INFATUATION OF DEATH, które to po raz pierwszy zagrało u siebie w mieście. Mimo, że widziałem ich mnóstwo razy, to tego dnia obejrzałem cały ich występ - bardzo dobrze zabrzmieli, a sami dawali z siebie wszystko - no i tradycyjnie Artur pykał niesamowicie "evil" miny, że sam zaczynałem się powoli bać. Secik składał się z kawałków z pierwszego dema plus kilka nowych oraz cover INCANTATION - Blasphemy. Dobry występ. Zaraz po nich na scenie zamontowało się SCABIES - grind core'owa załoga z okolicy. Zagrali niezły koncercik, jeśli chodzi o stronę muzyczną. Ale to trochę za mało do tak żywiołowej muzyki - więcej ruchu… co ja piszę, w ogóle zacznijcie się ruszać na tej scenie i nie stójcie tyłem do ludzi… Bardzo nie podoba mi się taki wizerunek sceniczny kapeli, ale cóż, nie ja tam gram. Tak jak mówię, koncert niezły, tylko więcej ruchu bym sobie życzył. Pora na kolejnych rzeźników - PARRICIDE. To już ich druga wizyta w Sosnowcu, więc pewnie czują się tu jak w domu, hehe. Ci, którzy nie znają ich obecnego oblicza, pewnie by się zdziwili co teraz pogrywają - panowie im starsi tym bardziej brutalizują swoją muzykę, coraz więcej grind core'owych motywów pojawia się w utworach. No i ten wokal… miód dla moich uszu! Perfekcyjnie zagrany koncert, dominowały utwory z ostatniej płyty. Na początku ludzie tylko stali i patrzeli, ale nie potrzebowali dużo czasu by muzyka porwała ich do szaleńczej zabawy - po prostu masakra. Kolejną kapelą, która miała mordować dźwiękami zebraną gawiedź było białostockie SQUASH BOWELS. Nie ukrywam, że przyszedłem tu głównie na nich. Pierwszą niespodzianką było to, że zamiast Roberta (INCARNATED) gitarę obsługiwał Andy z DAMNABLE (w nowym fryzie - pewnie specjalnie przygotowanym na tę trasę, he, he). Nie było zmiłuj - grind core najwyższej klasy. Kawałki przelatywały jeden za drugim, robiąc miazgę z ludzi, którzy również nie próżnowali i w amoku bawili się pod sceną. Totalna masakra, zniszczenie i pożoga. Bardzo dobry koncert. Jak dla mnie to teraz mógł się on zakończyć, bo jeśli chodzi o CERABRAL TURBULENCY to od dłuższego czasu nie przemawia do mnie ich muzyka (najlepszy jest materiał "Ara shit" i nic tego nie zmieni). Ale obejrzałem występ i mogę stwierdzić, że było to zawodowstwo - zero jakiejś fuszerki, czy amatorki - pełen profesjonalizm. Robin, wokalista, jak zwykle przebrany nie potrzebował wielu słów by rozruszać ludzików pod sceną, bo ci sami się pchali do zabawy. Widać, na jaką kapelę przyszła tu większość zebranych. Po morderczym występie w sali zaległa cisza - koniec koncertu, już nie ma więcej kapel… Tak, to by było tyle. Kolejny koncert z cyklu Grind Over Pologne można zaliczyć do udanych. Zobaczymy co następnym razem przygotuje Andy. (A nic, na razie…)
Maciek

DEAD INFECTION, SCABIES, INFATUATION OF DEATH
18.06. 2004, Rampa, Chorzów
To już druga wizyta białostockiej ekipy w Rampie, w przeciągu niecałego roku. Myślałem, że nie będzie dane mi zobaczyć dwóch pierwszych kapel, bo nie mogłem być w klubie o godzinie rozpoczynającej koncercik, no ale wszyscy chyba doskonale sobie zdają sobie sprawę z tego, że u nas koncerty nie zaczynają się planowo (oczywiście poza paroma wyjątkami). Tym razem również nie było punktualnie i całość rozpoczęła się z ponad dwu godzinnym opóźnieniem. Jak dla mnie to w sam raz, bo zdążyłem i nie przegapiłem żadnej kapeli. Kapelą otwierającą było sosnowieckie IOD. Bardzo lubię tę kapelę oraz ludzi tam grających, ale ileż to razy można grać w tym samym miejscu? Ja już dawno straciłem rachubę ileż to razy gościli oni na scenie w Rampie, ale moim skromnym zdaniem powinni sobie odpuścić i dać szansę innym, młodym i nieznany, (no nie, Puzon?). Koncert zagrali całkiem niezły. Oprócz utworów z 'Heretic Hellspawn Holocaust' zarzucili kilka nowych oraz cover INCANTATION - 'Profanation'. Nie widziałem ich koncertu w całości, gdyż ostatnio dosyć często miałem okazję ich oglądać i poszedłem pogadać ze znajomymi, których dawno nie widziałem. Następni w kolejce byli SCABIES, czyli kapela, która powstała na gruzach PSYCHONEUROSIS. Stylistycznie nie odbiegają daleko od tego co grali wcześniej , tyle że tym razem znacznie bliżej im do dokonań AGATHOCLES. Muzycznie całkiem dobrze się zaprezentowali, czego nie można powiedzieć o ich wizerunku scenicznym (znowu!). Dobrze, że Sonia dołączył do nich na ten koncert, bo razem z Tubkiem (drugi wokal) starali się jak mogli aby kapela jakoś wyglądała na scenie (bo reszta kapeli stała tyłem do publiki). Po ich koncercie nastąpiła dłuższa przerwa, z której skorzystałem i poszedłem szukać Marcina, bo stracił mi się z oczu już jakiś czas temu. No i go znalazłem. Leżał martwy na stoisku Przemka z Mad Lion. Wykonał swoją normę, he, he. Niedało się go nawet dobudzić na DEAD INFECTION, coś tam mamrotał pod nosem i zasnął ponownie. W tym momencie z głośników poleciały pierwsze takty 'Maggots in your flesh' i zaczęła się jazda. W mgnieniu oka pod sceną rozpętał się młyn (jeżeli można w ogóle mówić o scenie w Rampie) i trwał aż do końca setu białostockiej załogi. Zagrali coś około czterdziestu minut, albo i nawet dłużej. Poleciało parę klasyków takich jak 'Flying shit in outer space' o który domagała się część wiary, 'After accident' czy też 'Uncontrollable flatulence'. Nie zabrakło również nowych kawałków, które powoli wypierają z setu starsze rzeczy. Mimo, że DEAD INFECTION grało u nas już drugi raz, to ludzie nadal byli spragnieni ich muzyki. Tak jak przed chwilą wspomniałem, nieokiełznany młyn (nawet parę osób krwawiło, he, he - ale nie z powodu dymu, bo takowego nie było), klub się prawie rozwalał - barierki przed sceną musiały być wspomagane przez ludzi, głośniki się przewracały… Eh, fajnie było. Szkoda jedynie, że tym razem ludzi było mniej niż poprzednio. A dlaczego, zapytacie, jeśli przed chwilą wspomniałem że głód na muzykę DI jest u nas wielki. Z bardzo błahego, ale jak istotnego powodu - reklama kulała, że hej. Prawie nigdzie nie było porozwieszanych plakatów (ja zresztą widziałem tylko na drzwiach knajpy). Mam nadzieję, że organizatorzy następnym razem postarają się o lepszą informację. W czasie występu DI wypatrzyłem gdzieś w młynie Marcina, który potem stwierdził, że nawet spoko pamięta ten koncert. A jednak na drugi dzień musiałem mu go opowiedzieć, he, he. Kolejny udany występ DEAD INFECTION, na którym miałem okazję być. Tak, fajny był ten dzień, chociaż powrót już zdecydowanie nie, bo wracając piechotą przez niesławne w Katowicach osiedle (Tysiąclecie - czyli przez to na którym zabito kiedyś kibica jadącego na mecz Polski z Anglią), była mała nieprzyjemna 'akcja', ale na szczęście oprócz rozcięcia pod okiem kumpla nic się nie stało. Cóż, zdarza się….
Maciek

Grimness, Deformed, Paranoia
Klub Rampa, Chorzów, 24.IX 2004
Koncert ten to debiut organizacyjny Marcina jak i również otwarcie jesiennego sezonu koncertowego hehe, przynajmniej dla nas. I już na początku powiem, że było nieźle. Koncert rozpoczął się mniej więcej o ósmej wieczorem, ludzi trochę przyszło, ale i tak wydawało mi się, że pojawi się więcej. Zespołem rozpoczynającym była sosnowiecka PARANOIA, którą to miałem okazję obejrzeć po raz drugi. Tym razem z nowym wokalistą, Arturem, który swego czasu darł ryja w PUTRIDITY. Bez zbędnych ceregieli zaatakowali zebranych ludzi przyjemnym, prostym grindem - muzyka w sam raz do zabawy pod sceną (powiedzmy, że to coś małego to scena w Rampie). Tyle, że ludzie stali i oglądali. Kawałki przelatywały jeden za drugim - większość z pierwszego dema, ale pojawiło się również kilka nowych. Gdzieś tak w połowie setu ludzie się ruszyli i pod sceną rozkręcił się młyn na całego. Nie minęło więcej niż 25 minut i PARANOIA podziękowała i zeszła ze sceny… To był ich cały koncert - krótki, konkretny i bez żadnego zmiłuj się. Czekam na więcej. Dodam jeszcze, że w nowym składzie radzą sobie o wiele lepiej. Drugimi w kolejce byli DEFORMED, którzy to ciągle gdzieś na jakichś trasach wojują. Miałem okazję obejrzeć ich występy kilkakrotnie, więc dzisiejszego nie widziałem całego, bo poszedłem pogadać ze znajomymi, których dawno nie widziałem. Ale to co zdążyłem obejrzeć, to wypadło całkiem fajnie. Szczerze powiedziawszy słyszałem ich pierwsze demo i jakoś do mnie nie przemówiło, ale co innego jeśli chodzi o koncerty - tu panowie dają po garach! Na scenie pojawili się ubrani, już tradycyjnie, w chirurgiczne ciuszki. DEFORMED cały czas korzysta z automatu perkusyjnego i za każdym razem wydaje mi się, że jest on wykorzystywany coraz lepiej i niebanalnie, ale jakoś osobiście wolę żywego perkusistę, szczególnie w takiej muzyce. Ale tak jak mówię, DEFORMED należy do grona tych kapel, które nie idą na łatwiznę i partie automatu są całkiem ciekawie zaaranżowane. W międzyczasie do Rampy przyszła grupka punków - jakichś starszych załogantów i chyba im się nudziło bo szukali dymu - gdyby od razu ktoś im wpierdzielił to byłby spokój, a tak to cały czas coś im się nie podobało. Ale ostatecznie jeden ochroniarz nie wytrzymał i zmłócił głównego prowodyra… Na scenie zamontowała się "gwiazda" wieczoru - włoskie GRIMNESS. Słyszałem jakiś ich starszy materiał i nie za bardzo mi przypadł do gustu, ale słyszałem, że na żywo wypadają o wiele